Bardzo chciał wstać. Nie czuł się komfortowo w tym bezruchu. Nie chciał też jej rozpraszać, więc do tego trzymania tyłka na krześle się zmuszał. Wpatrywał się w nią tak, jak wierzący w statuetkę Matki Boskiej. Ta, co zaraz może zapłakać krwawymi łzami nad bólem świata tego. Brenna nie płakała. I dobrze, bo bardzo nie chciał, by uroniła nawet jedną, samotną łzę.
Żaden niepokój nie wkradał się między ściany. Fałszywe cienie nie mamiły wzroku. Świecie tańczyły spokojnie, a ich pomarańczowe ciepło cieszyło swoim blaskiem. Nie czekał wcale długo, kiedy usta kobiety się otworzyły i popłynął spomiędzy nich dźwięk. Wstrzymał sam swój oddech. Nie był nawet świadom tego, że napiął się jak struna i patrzył. Wiercił ją niemal swoimi przenikliwymi, jasnymi oczyma, jakby mógł od niej ukraść wizję tego, co widziała. I... i..? I?!
I nic.
Powietrze z niego uszło niemal ze świstem, miał wypieki na twarzy, a to ciepło zalane zostało rozczarowaniem. I nic. Zupełnie nic. Żadnego... objawienia, które mogłoby pomóc w czymkolwiek. Z tym drugim liścikiem wiązał większe nadzieje - niestety, jak widać, ten drugi przyniósł NIC jeszcze większe. Ostrzegała go, mówiła, przestrzegała, jak kapryśna jest ta moc i jak niewiele może ze sobą przynieść. Czegokolwiek.
- A jakieś... emocje? - Zapytał cicho, ostrożnie, chwytając się tej małej nadziei, że chociaż to mu coś podpowie. Cokolwiek. Jak to w ogóle działało, że Dante, będąc oklumentom... - Osoba, która to pisała, jest oklumentom. Jak to możliwe, że byłaś w stanie to rozczytać? - Może to nie było w ogóle istotne, ale spodziewał się, że niczego nie zobaczy. Tymczasem niczego nie zobaczyła w tym drugim skrawku papieru. - Nie mam już tego bukietu. Trzymałem go przez dłuższy czas, ale... ktoś go dla mnie... wyrzucił. - Powiedział trochę ostrożnie, trochę niepewnie. Teraz sądził, że to błąd. Nie pomyślał jednak, że bukiet kwiatów mógłby mieć większe znaczenie ponad pisany list. Czemu? Bo list był dokładnie tym - czymś PISANYM? Przekazem? Była jeszcze druga wiadomość od Kierana, ale pisana we wcześniejszym czasie... nie, ona na pewno już gdzieś przepadła w płomieniach kominka. Kolejny błąd. Albo i nie? Męczenie Brenny może tutaj było zupełnie niepotrzebne. Niewskazane wręcz. - Dziękuję za fatygę, Brenno. - Uśmiechnął się do niej ciepło, a przynajmniej spróbował dać z siebie wszystko, by uśmiech ten jak najcieplej wyszedł.