21.03.2025, 23:02 ✶
Pachniała kurzem, bo całe popołudnie bawiła się w chowanego z pająkami i schowała się za dużą szafą. I żaden pająk jej nie znalazł! Tylko że jak wyszła wreszcie z kryjówki to wpadła na mamę, a mama załamała ręce. Czasami nie rozumiała o co chodzi tym wszystkim dorosłym- przecież to oczywiste, że jak się człowiek schowa za szafą, to tam mieszkają kurzowe króliczki i nie da się nie być zakurzonym.
Ale pozwoliła się przytulić. Lubiła, kiedy ją przytulano. I kiedy noszono ją na rękach, więc nie musiała się męczyć wchodzeniem po tych wszystkich schodach.
Wydęła lekko usteczka słysząc o zabawie w bąbelkach. Siedzenie w dużej żeliwnej wannie pełnej wody i piany było zabawne. Nieco mniej to, że potem musiała grzecznie siedzieć i czekać aż mama naprawi wszystkie szwy i wsmaruje te brzydko pachnące maści, których używała też na tych śmiesznych, nieruszających się ludzi na stole w piwnicy. I jeszcze sprawdzi czy na pewno nigdzie nie zgubiła żadnego z paluszków. A przecież ona sama grzecznie sprawdzała czy je ma! Potrafiła! Potrafiła sama! Wyciągała rączkę przed siebie i powtarzała wierszyk, którego nauczył ją tata.
Sroczka kaszkę warzyła. Ogonek sobie sparzyła. Temu dała na talerzyk, temu dała na łyżeczkę. Temu dała do miseczki. Temu dała na spodeczek. A temu malutkiemu nic nie dała i frrrrr odleciała do kukułeczki po cukiereczki. Pięć paluszków w każdej rączce. Pięć paluszków w każdej stópce. Dwa uszka. Nosek. Jeden. To było strasznie trudne do zapamiętania! Ale potrafiła!
A potem jeszcze musiała czekać aż ktoś wysuszy jej włosy i to zawsze zajmowało tyyyyyyyle czasu. I jeszcze trzeba było się ubrać. I założyć nawet skarpetki. I sukienkę. A ostatnio to nawet papcie! I to nie takie fajne papucie, w których mogła się ślizgać po całym domu, tylko takie głupie, w których nawet nie dało się za szybko biegać! Nie wiedziała jaki dorosły je wymyślił, ale na pewno taki który bardzo nienawidził dzieci. Przynajmniej były w różowe kropki. A wszyscy wiedzieli, że różowy to najładniejszy kolor na całym świecie!
Musiała rozważyć wszystkie za i przeciw jeśli chodziło o zabawę w pianie. Na razie miała ważniejszą misję i nie-mama musiała jej wystarczyć. Nie-mama też potrafiła opowiadać bajki. I bywała teraz w domu o wiele częściej. Zresztą tak samo jak tata. Lubiła nie-mamę, bo z tego co zdążyła bacznie zaobserwować, to nie-mama wcale nie zjadała małych ghoulek na kolację. Ani nawet na śniadanie. Za to nie-mama przyniosła jej kilka książeczek, w których dzieci pokazywały różne gesty rączkami i mówiła, że prawie tak samo jak zwykła rozmowa! I że takie gesty coś znaczą! Jak prawdziwe słowa. To było strasznie, strasznie trudne tak zrozumieć, że mama to nie tylko mama, ale że można też dotknąć bródki kciukiem i to też będzie znaczyło mama! I że nawet takie dzieci jak ona, co nie do końca radziły sobie z mówieniem, też mogły rozmawiać - tylko że za pomocą rączek! Tylko nie wiedziała jak w tym śmiesznym innym języku był miś z jej bajki.
Postawiła ostrożnie lampkę na podłodze. Bardzo delikatnie, żeby nie przestraszyć płomyczka. To nie tak, że Frida nie lubiła ciemności. Ale w ciemności często mieszkały potwory, a ona się czasem tych potworów bała. Dlatego nie wolno jej było wychodzić samej z domu, tylko zawsze z mamą albo z tatą. Nawet jeśli miała na sobie buciki i swój czerwony płaszczyk i nawet czapkę! Nie przeszkadzało jej to, bo miała w domu swoje ulubione rzeczy. Wszystkie książeczki, Marię Antoninę, kredki…
Złapała za rękaw szlafroka Scarlett.
Wyciągnęła przed siebie książeczkę, pokazując nie-mamie okładkę. Postukała nawet paluszkiem w misia, żeby wytłumaczyć o co jej chodzi. Imię. Misia.
Zrobiła smutną minkę.
Ale pozwoliła się przytulić. Lubiła, kiedy ją przytulano. I kiedy noszono ją na rękach, więc nie musiała się męczyć wchodzeniem po tych wszystkich schodach.
Wydęła lekko usteczka słysząc o zabawie w bąbelkach. Siedzenie w dużej żeliwnej wannie pełnej wody i piany było zabawne. Nieco mniej to, że potem musiała grzecznie siedzieć i czekać aż mama naprawi wszystkie szwy i wsmaruje te brzydko pachnące maści, których używała też na tych śmiesznych, nieruszających się ludzi na stole w piwnicy. I jeszcze sprawdzi czy na pewno nigdzie nie zgubiła żadnego z paluszków. A przecież ona sama grzecznie sprawdzała czy je ma! Potrafiła! Potrafiła sama! Wyciągała rączkę przed siebie i powtarzała wierszyk, którego nauczył ją tata.
Sroczka kaszkę warzyła. Ogonek sobie sparzyła. Temu dała na talerzyk, temu dała na łyżeczkę. Temu dała do miseczki. Temu dała na spodeczek. A temu malutkiemu nic nie dała i frrrrr odleciała do kukułeczki po cukiereczki. Pięć paluszków w każdej rączce. Pięć paluszków w każdej stópce. Dwa uszka. Nosek. Jeden. To było strasznie trudne do zapamiętania! Ale potrafiła!
A potem jeszcze musiała czekać aż ktoś wysuszy jej włosy i to zawsze zajmowało tyyyyyyyle czasu. I jeszcze trzeba było się ubrać. I założyć nawet skarpetki. I sukienkę. A ostatnio to nawet papcie! I to nie takie fajne papucie, w których mogła się ślizgać po całym domu, tylko takie głupie, w których nawet nie dało się za szybko biegać! Nie wiedziała jaki dorosły je wymyślił, ale na pewno taki który bardzo nienawidził dzieci. Przynajmniej były w różowe kropki. A wszyscy wiedzieli, że różowy to najładniejszy kolor na całym świecie!
Musiała rozważyć wszystkie za i przeciw jeśli chodziło o zabawę w pianie. Na razie miała ważniejszą misję i nie-mama musiała jej wystarczyć. Nie-mama też potrafiła opowiadać bajki. I bywała teraz w domu o wiele częściej. Zresztą tak samo jak tata. Lubiła nie-mamę, bo z tego co zdążyła bacznie zaobserwować, to nie-mama wcale nie zjadała małych ghoulek na kolację. Ani nawet na śniadanie. Za to nie-mama przyniosła jej kilka książeczek, w których dzieci pokazywały różne gesty rączkami i mówiła, że prawie tak samo jak zwykła rozmowa! I że takie gesty coś znaczą! Jak prawdziwe słowa. To było strasznie, strasznie trudne tak zrozumieć, że mama to nie tylko mama, ale że można też dotknąć bródki kciukiem i to też będzie znaczyło mama! I że nawet takie dzieci jak ona, co nie do końca radziły sobie z mówieniem, też mogły rozmawiać - tylko że za pomocą rączek! Tylko nie wiedziała jak w tym śmiesznym innym języku był miś z jej bajki.
Postawiła ostrożnie lampkę na podłodze. Bardzo delikatnie, żeby nie przestraszyć płomyczka. To nie tak, że Frida nie lubiła ciemności. Ale w ciemności często mieszkały potwory, a ona się czasem tych potworów bała. Dlatego nie wolno jej było wychodzić samej z domu, tylko zawsze z mamą albo z tatą. Nawet jeśli miała na sobie buciki i swój czerwony płaszczyk i nawet czapkę! Nie przeszkadzało jej to, bo miała w domu swoje ulubione rzeczy. Wszystkie książeczki, Marię Antoninę, kredki…
Złapała za rękaw szlafroka Scarlett.
Wyciągnęła przed siebie książeczkę, pokazując nie-mamie okładkę. Postukała nawet paluszkiem w misia, żeby wytłumaczyć o co jej chodzi. Imię. Misia.
Zrobiła smutną minkę.