Nieszczególnie była zadowolona z tego, że Cornelius wysłał właśnie ją do biuro aurorów z aktami jednej ze spraw. Tak jej się to nie podobało, że zdążyła wylądować w ministerialnej palarni, gdzie spaliła szybko dwa papierosy trzymając w lewej dłoni teczkę z dokumentami. Nie miała jednak zbytnio wyjścia. Szef rozkazywał, ona musiała spełniać jego polecenia. Nie lubiła opuszczać kostnicy, ono było jej ulubionym miejscem. Wyciągnęła z kieszeni czarnej marynarki różowego lizaka, którego wsadziła sobie do ust. Była gotowa wejść do jaskini lwa.
Nie do końca przepadała za tymi spotkaniami, zdecydowanie nie była to najlepsza część jej pracy, bo nie była szczególnie dobra w interakcjach międzyludzkich. Wymagały one od niej szybkiego reagowania, a z tym w przypadku Bletchley bywało różnie.
Tuptała powoli przed siebie w kierunku windy, przy pomocy której zamierzała dostać się do biura aurorów. Wyglądała zwyczajnie, nosiła się raczej elegancko. Zdjęła z siebie swój fartuch, gdy opuściła biuro koronera. Zmieniła różwnież obuwie, nie miała na stopach swoich uroczych bucików w czaszki, tylko czarne mokasyny, które pasowały do ciemnych, wełnianych spodni, jasnej koszuli i grafitowej marynarki. Elegancka, jak zawsze. Lubiła wyglądać schludnie, jakoś pewniej się wtedy czuła.
Głowę miała opuszczoną, właściwie nie spoglądała przed siebie, raczej podczas swojego krótkiego spaceru obserwowała podłogę, licząc na to, że w nikogo nie wlezie. Nie chciała spotkać kogoś, z kim nie chciałoby się jej rozmawiać, więc unikała kontaktu wzrokowego, nie była najlepsza w small talkach, więc wolała ich po prostu unikać. Najprostsze, a najbardziej efektowne rozwiązanie.
Uniosła wzrok dopiero w momencie, w którym usłyszała głos, najwyraźniej skierowany ku jej osobie. Znała barwę tego głosu. Musiał mówić do niej. Odetchnęła głęboko, kiedy jej spojrzenie natrafiło na tę twarz. Cóż, mogło być gorzej, prawda? Zawsze mogło być gorzej. Próbowała się pocieszyć, ale wychodziło jej to raczej średnio.
Romulus nie był już przecież tym samym człowiekiem, który uprzykrzał jej życie w Hogwarcie, tym wrzodem na tyłku, kumplem jej brata, który wraz ze swoimi przyjaciółmi zawsze potrafili spieprzyć jej dzień... Nie był nim, na pewno nim nie był.
Postarała się uśmiechnąć całkiem naturalnie, żeby nie wyglądało to na to, że się krzywi.
- Dzień dobry. - Nie było słychać w jej głosie jakiegoś specjalnego entuzjazmu, ale to nie była żadna nowość. Bletchley nie była najlepsza w takich rozmowach.
Przysunęła lewą dłoń do twarzy, aby złapać swojego lizaka za patyczek. Jakoś pewniej się czuła, gdy miała co robić z rękoma, a że w drugiej trzymała akta sprawy, to zajęła się tą jedną ręką.
Nie zamierzała jednak teraz cofać się i udawać, że wcale nie zmierzała do tej windy, zamiast tego weszła do jej wnętrza. Czeka ich naprawdę wspaniała podróż. Dobrze, że to tylko kilka pięter i będzie mogła oddalić się w swoją stronę.
- Do biura aurorów. - Odpowiedziała krótko, po czym oparła się o ścianę windy. Wpatrywała się krótką chwilę w Romulusa, nie miała pojęcia, jak to właściwie było możliwe, że był taki wielki, on i Ci jego wszyscy przyjaciele, jakby pili jakieś nielegalne substancje, kiedy byli dziećmi. - A Ty co tutaj robisz? Lecznica Cię wysłała? - Potter był z nią na specjalizacji, pamiętała (nic w tym dziwnego, ona pamiętała wszystko), że skończył specjalizację związaną z psychiatrią i pracował w Lecznicy Dusz. Postanowiła kontynuować tę niezręczną rozmowę, licząc na to, że już niedługo się skończy.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control