23.03.2025, 03:27 ✶
Klątwa Tahiry pewnie byłaby tą rzeczą, która dzisiejszego wieczoru jako jedyna wywołała nieprzyjemne ciarki na jego plecach, gdyby tylko nie to, że informacje, które właśnie popłynęły z radia sprawiły, że poczuł się jakbyś coś go nagle uderzyło prosto w serce.
Morpheus to przewidział. Jeszcze do niedawna zbyt przytłoczony swoimi problemami Jonathan mógł mieć nadzieję, że wizja przyjaciela nie była dosłowna, że była jakaś nadzieja, że Londyn tak naprawdę nie stanie w płomieniach, ale... Ale nie. Najwyraźniej dar Longbottoma był nieprzyzwoicie wręcz precyzyjny w tym zakresie.
Zapukano do domów tych, którzy opierali się rebelii. Odruchowo, chociaż próbował tego uniknąć, zerknął na Anthony'ego, a potem, już celowo przeniósł spojrzenie na Ritę, bo jakiś absurdalny głos w głowie nakazał mu upewnić się, czy aby na pewno stała jeszcze tam gdzie stała i żaden Śmierciożerca nie zdążył jej porwać. A potem obrzucił spojrzeniem jeszcze całe biuro tak dla pewności.
Tymczasem Tahira dalej miała łuski. Kiedy Shafiq zaczął wydawać polecenia, Jonathan zaoferował czarownicy pomoc przy wstawaniu, a potem zaoferował jej również swoją marynarkę, o ile się na to zgodziła, aby narzucić ją jej na ramiona, tak by mogła bardziej zakryć wężowe elementy jej obecnego wyglądu. Następnie, wciąż bardzo uważnie słuchając wszystkiego co mówił Anthony, Jonathan odprowadził ją do gabinetu szefów, aby tam mogła spokojnie dojść do siebie. Drzwi jednak oczywiście pozostały otwarte.
Kilka chwil później, gdy ponownie pojawił się w głównej sali, jego szef zadał pewne pytanie i Jonathana aż zmaroziło.
– Wydaje mi się, że Jessie jest w domu – powiedział cicho, ciszej niż zwykle, do Shafiqa i chociaż dalej był na niego śmiertelnie obrażony, to przyjaciel mógł zobaczyć błysk niepokoju w oczach drugiego czarodzieja. Czy powstały jakieś monologi, które mogłyby oddać myśli kogoś, kto martwił się, że jego nabliżsi, chrześniak, dzieci najlepszej przyjaciółki, o których troszczył się od zawsze, mogły umrzeć w płomieniach, czy jednak nawet najsmutniejszy dramaturdzy nie byli tak okrutni?
Gdyby nie to, że znajdowali się otoczeni przez inne osoby, Jonathan najchętniej wykrzyczałby teraz Anthony'emu, że to właśnie dlatego postanowił go chronić. Że to jego skandaliczne zachowanie mogło teraz sprawić, że przynajmniej Shafiq będzie tej nocy w miarę bezpieczny. Że Tony nie będzie musiał wyjść na zewnątrz i walczyć z płomieniami, tak jak zapewne poczynią zakonnicy.
– Pójdę i sprawdzę ich mieszkanie – oznajmił głosem nieznoszącym żadnego sprzeciwu. – Jeśli tam go nie będzie, wyciągnę stąd Benjiego i pójdę szukać dalej. Theo też. – A potem... Potem gdy już upewni się, że każdy z rodziny Kelly był bezpieczny... Może nie będzie nawet o tym myśleć, bo Tony to jakoś telepatycznie usłyszy i się znowu obrazi. Nagle ściszył głos jeszcze bardziej, tak aby tylko Anthony mógł go słyszeć.
– Nie myśl, że to nie utwierdza mnie tylko bardziej w mojej decyzji – rzucił po francusku, a następnie dodał już na cały głos. – Rito, Jessie nie mówił dzisiaj nic o zostaniu w pracy na dłużej, prawda? Powinien być w domu, czy miał jeszcze jakieś plany?
Morpheus to przewidział. Jeszcze do niedawna zbyt przytłoczony swoimi problemami Jonathan mógł mieć nadzieję, że wizja przyjaciela nie była dosłowna, że była jakaś nadzieja, że Londyn tak naprawdę nie stanie w płomieniach, ale... Ale nie. Najwyraźniej dar Longbottoma był nieprzyzwoicie wręcz precyzyjny w tym zakresie.
Zapukano do domów tych, którzy opierali się rebelii. Odruchowo, chociaż próbował tego uniknąć, zerknął na Anthony'ego, a potem, już celowo przeniósł spojrzenie na Ritę, bo jakiś absurdalny głos w głowie nakazał mu upewnić się, czy aby na pewno stała jeszcze tam gdzie stała i żaden Śmierciożerca nie zdążył jej porwać. A potem obrzucił spojrzeniem jeszcze całe biuro tak dla pewności.
Tymczasem Tahira dalej miała łuski. Kiedy Shafiq zaczął wydawać polecenia, Jonathan zaoferował czarownicy pomoc przy wstawaniu, a potem zaoferował jej również swoją marynarkę, o ile się na to zgodziła, aby narzucić ją jej na ramiona, tak by mogła bardziej zakryć wężowe elementy jej obecnego wyglądu. Następnie, wciąż bardzo uważnie słuchając wszystkiego co mówił Anthony, Jonathan odprowadził ją do gabinetu szefów, aby tam mogła spokojnie dojść do siebie. Drzwi jednak oczywiście pozostały otwarte.
Kilka chwil później, gdy ponownie pojawił się w głównej sali, jego szef zadał pewne pytanie i Jonathana aż zmaroziło.
– Wydaje mi się, że Jessie jest w domu – powiedział cicho, ciszej niż zwykle, do Shafiqa i chociaż dalej był na niego śmiertelnie obrażony, to przyjaciel mógł zobaczyć błysk niepokoju w oczach drugiego czarodzieja. Czy powstały jakieś monologi, które mogłyby oddać myśli kogoś, kto martwił się, że jego nabliżsi, chrześniak, dzieci najlepszej przyjaciółki, o których troszczył się od zawsze, mogły umrzeć w płomieniach, czy jednak nawet najsmutniejszy dramaturdzy nie byli tak okrutni?
Gdyby nie to, że znajdowali się otoczeni przez inne osoby, Jonathan najchętniej wykrzyczałby teraz Anthony'emu, że to właśnie dlatego postanowił go chronić. Że to jego skandaliczne zachowanie mogło teraz sprawić, że przynajmniej Shafiq będzie tej nocy w miarę bezpieczny. Że Tony nie będzie musiał wyjść na zewnątrz i walczyć z płomieniami, tak jak zapewne poczynią zakonnicy.
– Pójdę i sprawdzę ich mieszkanie – oznajmił głosem nieznoszącym żadnego sprzeciwu. – Jeśli tam go nie będzie, wyciągnę stąd Benjiego i pójdę szukać dalej. Theo też. – A potem... Potem gdy już upewni się, że każdy z rodziny Kelly był bezpieczny... Może nie będzie nawet o tym myśleć, bo Tony to jakoś telepatycznie usłyszy i się znowu obrazi. Nagle ściszył głos jeszcze bardziej, tak aby tylko Anthony mógł go słyszeć.
– Nie myśl, że to nie utwierdza mnie tylko bardziej w mojej decyzji – rzucił po francusku, a następnie dodał już na cały głos. – Rito, Jessie nie mówił dzisiaj nic o zostaniu w pracy na dłużej, prawda? Powinien być w domu, czy miał jeszcze jakieś plany?