Powinni się spodziewać tego, że było zbyt pięknie, aby mogło się to długo utrzymać. Mieli takie szczęście, czyż nie? Gdy w końcu wyjaśnili sobie wszystko, doszli do porozumienia, to świat wokół postanowił przypomnieć im o tym, że nie mogło być tak prosto. Ich szczęście nie trwało szczególnie długo, bo ledwie kilkanaście godzin. Tyle właściwie mieli spokoju.
Ten dzień był naprawdę przyjemny, całkiem leniwy, spokojny, dawno nie mogli sobie pozwolić na podobne podejście, bo jeszcze wczoraj ze sobą walczyli. To nie był pierwszy raz, kiedy otoczenie próbowało im udowodnić, że nie ma w nim miejsca na zbyt wiele szczęścia, jednak nie zamierzała się tym przejmować, już nie.
Powinna być czujniejsza, z drugiej strony, czy naprawdę trzeba było ciągle trzymać gardę i obserwować otoczenie, czekać na to z której strony nadejdzie cios? Czy jeden dzień nie mógł być całkiem normalny? Zwłaszcza, że nie był to żaden nadzwyczajny dzień, nie było to żadne święto, po prostu jeden z kolejnych dni września. Dość istotny dla nich, bo zaczęli swój nowy początek, ale nie wydawało się jej, aby dla kogoś był to równie ważny dzień. Najwyraźniej się myliła, bo kiedy przyglądała się otoczeniu docierało do niej, że wszyscy zapamiętają ten dzień. Nie do końca tak pozytywnie jak ona.
Popiół sypał się z nieba, okoliczne kamienice zaczynały płonąć. Chaos chłonął wszystko. Nie miała pojęcia właściwie co się dzieje, trudno było to stwierdzić na podstawie otoczenia. Skąd wziął się ogień, jak bardzo zdołał się rozprzestrzenić, czy ktoś już zaczął go gasić? Wiele pytań nasuwało jej się na myśl. Wiedziała jednak, że nie mogą tutaj tak sobie stać i patrzeć w eter.
Tłum mógłby pociągnąć ich ze sobą, mieli drobną przewagę, bo byli wysocy na tle większości społeczeństwa, więc pewnie nie tak szybko by się zgubili, mimo wszystko wolała jednak nie ryzykować. Przeżyli już razem coś podobnego, podczas marszu charłaków, tyle, że wtedy zagrożeniem był tylko i wyłącznie tłum, a nie pożary, które dodatkowo ogarniały całą okolicę.
Roise przyciągnął ją do siebie, co w sumie było bardzo dobrym posunięciem, bo wiedziała, że nie chciała go zgubić pośród tego tłumu. Musieli się trzymać razem, razem byli silniejsi, tego była pewna.
- Fabian? - Rzuciła jeszcze pytająco do Ambroisa. Nie miała pojęcia, gdzie znajduje się ich chrześniak, ale nie mieli pewności, że jest bezpieczny. Czy Cornelius był w domu, w pracy? Dzieciak został sam z ciotką Ursulą? Nie wiedziała, cholernie była na siebie przez to zła, ale z drugiej strony, kto mógł przewidzieć, że dojdzie do czegoś takiego?
Zastanawiała się, jak mogłaby pomóc wszystkim bliskim sobie osobom, ale czy właściwie istniała taka możliwość, nie będą w stanie sprawdzić tego, czy wszyscy są bezpieczni. Musieli jakoś wyznaczyć sobie priorytety.
Wypadało zajrzeć do Astarotha, był jej bratem, jako, że robiło się ciemno nie musieli martwić się tym, że spłonie na świetle dziennym, to był jakiś plus tej sytuacji, bo ten chaos mógł rozpocząć się wcześniej, a wtedy nie mieliby tyle szczęścia. Nie wiedziała, czy Roth nie wypił kolejnej dawki eliksiru nasennego, jeśli tak, to co wtedy? Będą musieli siłą wyciągnąć go z kamienicy? Zresztą nie była pewna, czy ogień już tam nie dotarł, czy miał dotrzeć? Nie do końca rozumiała działanie tego żywiołu.
- Astaroth, później Fabian? - Musieli obrać jakąś drogę, nie do końca wiedziała, co było bardziej właściwym posunięciem. Może powinni się rozdzielić? Nie, to był bardzo głupi pomysł, nie sądziła, że będą w stanie się znaleźć, nie kiedy wokół ludzie zaczynali panikować i robiło się okropne zamieszanie.
Z każdej strony dochodziły do nich krzyki, ludzie zaczęli się między sobą przepychać, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. Tyle, że co innego właściwie mogli zrobić? Każdy chciał przeżyć, każdy chciał uciec z tego piekła, które zaczęło ogarniać okolicę.
Dym robił się coraz cięży, przykrywał miasto, zasłoniła ręką usta, ale to nie pomagało. Czuła go w swoich płucach, zaczynało jej to przeszkadzać. Odkaszlnęła głośno, nie było jednak szansy zaciągnąć się świeżym powietrzem, zamiast tego na języku poczuła smak popiołu. Naprawdę powinni stąd wiać i się gdzieś schować, przeczekać? Czy właściwie dało się to przeczekać? Nie mogli wiedzieć, że ogień nie zacznie palić również ich mieszkań.
Nie miała problemu z tym, że Roise przepchnął ją przed siebie, już kiedyś wyszli z podobnej sytuacji właśnie w ten sposób, nie stracili się z oczu, udało im się wspólnie opuścić tłum. Skoro raz to zadziałało, powinno się tak stać również i tym razem.
Zupełnie niespodziewanie pękła szyba w jednej z kamienic, Geraldine odruchowo zakryła twarz ręką, aby nie oberwać szkłem. Musieli spieprzać stąd jak najszybciej, nie wiadomo było bowiem, czy za chwilę nie będzie jeszcze gorzej.
Poruszała się dość szybko, krok za krokiem. Mieli szczęście, że byli wysocy, mogli bowiem obserwować okolicę i dostrzegać to, co mogło się pojawić na ich drodze. Nie przejmowała się póki co otaczającymi ich ludźmi. W tej chwili liczyło się wyłącznie to, żeby ona i Ambroise dotarli do jej mieszkania i wyciągnęli stamtąd Astarotha. Morgana jedna wiedziała, czy w ogóle usłyszał, co działo się na zewnątrz. Obawiała się, że nie, a nie wybaczyłaby sobie, gdyby straciła go po raz kolejny, już raz odszedł na jej rękach, nie zamierzała tego powtarzać.
//zawada skrzat półkrwi