Widok był przerażający. Yaxleyówna może i przywykła do oglądania przemocy, krwi, mało co potrafiło ją zaskoczyć, jednak tym razem tak się stało. Nie widziała jeszcze w swoim życiu podobnej tragedii. Właściwie to też nie mieli szansy na nią zareagować, czy z tym walczyć, bo wszystko działo się okropnie szybko. Popiół sypał się z nieba, płomienie pochłaniały kolejne budynki, dym przykrywał cały świat. Widoczność zaczynała robić się ograniczona. Z każdej strony dochodziły do nich krzyki i piski. To był straszny widok. Nie zamierzała jednak zostać w miejscu, być może byli w stanie komuś pomóc, musieli to zrobić. Nie powinni przechodzić obojętnie wokół krzywdy innych, tylko jak właściwie mieli wybierać. Kto zasługiwał na ich wsparcie? Nie do końca potrafiła reagować. Trochę ją to wszystko przerastało.
Musieli przede wszystkim upewnić się, że ich najbliżsi byli bezpieczni. To mogło być uznane za egoistyczne, ale miała to w głębokim poważaniu. Obiecała Amandzie, że zajmie się odpowiednio jej synem, ona sama straciła życie przez śmierciożerców, musiała dotrzymać słowa. Musiała mieć pewność, że synowi Corneliusa nic nie grozi. Nie miała pojęcia, czy Lestrange był w domu, czy znajdował się w pracy. Nie rozmawiali z nim jakoś szczegółowo o tym, co będzie robił przez kolejne dni. Tak - zamierzali skorzystać z dobrego serca jego ciotki, żeby zająć się na wsi Astarothem, ale nie rozmawiali o jakichś szczegółach. Kurewsko tego żałowała, bo przynajmniej mogliby założyć, gdzie teraz był on i Fabian. Aktualnie niczego nie mogli być pewni.
Astaroth był w domu, chociaż to wydawało się być oczywiste, bo stronił on ostatnio od opuszczania mieszkania, zresztą noc dopiero nadchodziła, jeśli miał się gdzieś wybrać, to miało się to stać dopiero teraz. O ile w ogóle był w stanie wyjść. Jego uzależnienie od eliksirów nasennych powodowało, że była szansa na to, że przespałby to wszystko. Musieli udać się tam i sprawdzić, czy kamienica, w której znajdowało się ich mieszkanie jeszcze stała, jeszcze nie zajęła się ogniem, który okropnie szybko się rozprzestrzeniał.
Szalik. Dotarło do niej co miał na myśli. Nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. Tylko sięgnęła lewą ręką po to, aby jednym ruchem zsunąć go z szyi Ambroisa. Zabawne, że teraz mogło im się przydać to, że lubił chodzić taki wymuskany. Owinęła go jednym ruchem wokół swojej twarzy, aby zakryć usta i nos przed nadmiarem dymu, który mógł spowodować dodatkowe zagrożenie. Napierający w nich z każdej strony tłum był jednym, płomienie drugim, właściwie wszystko co działo się wokół nich mogło ich zabić. Naprawdę optymistyczna sytuacja.
Czuła palce Roisa, które zacisnęły się na jej talii, wiedziała, że robi to po to, aby się nie rozdzielili, jednak nie wątpiła, że zostaną jej przez to siniaki na ciele, bardzo mocno trzymał ją przy sobie, ale to dobrze, przynajmniej będą w tym razem. Naprawdę cieszyła się, że nie znalazła się tu sama. Mogła mieć pewność, że nic mu się nie stało. Wolała nawet nie myśleć o tym, jak bardzo panikowałaby wiedząc, że jest gdzieś tam sam, kiedy wokół nich szalał ten żywioł.
Poczuła szarpnięcie, silne szarpnięcie. Roise pociągnął ją w tył. Nie miała pojęcia dlaczego. W przeciwieństwie do niego nie zwróciła uwagi na ten budynek, który znajdował się obok. Skupiona była na tym, żeby jakoś manewrować nimi między tłumem przepychających się ludzi. Szukała przejścia. Nie wiedziała dlaczego to zrobił, ale zdawała sobie sprawę, że nie stało się to bez powodu. Musiał coś zobaczyć, coś, co spowodowało, że zmienił kierunek ich ruchu.
Zaczęła szukać wzrokiem powodu, przez który się zatrzymali, właściwie to cofnęli. Wtedy dostrzegła ten budynek. Dotarło do niej, czym była spowodowana decyzja Ambroisa. Wyglądało na to, że jeszcze chwila, a przestanie on istnieć. Zbierali się tam ludzie, wielu ludzi. Czy mogli im jakoś pomóc? Cóż, bardzo szybko zorientowała się, że nie. Konstrukcja runęła. Rozległ się huk, który był tylko potwierdzeniem tego, co jej się wydawało. Jebło. Jebło tak, że nic nie zostało z konstrukcji budynku i ludzi, którzy tam się znajdowali. Przed chwilą żyli, teraz już nie, bo czegoś takiego chyba nie dało się przeżyć?
Powinni jak najszybciej stąd zniknąć, jasne łatwo było o tym mówić, dużo trudniej zrealizować, bo przez ten wybuch tłum zaczął panikować jeszcze bardziej. Ludzie krzyczeli, przepychali się między sobą. Nikt nie wiedział, co powinien robić.
Nie przewidziała tego, że tuż obok nich wyląduje płonące drewno, właściwie to uderzyło o bruk obok Roisa. Poczuła na twarzy ciepło spowodowane bliskością płomieni. Musieli się stad jak najszybciej zwinąć.
Być może wypadało się zainteresować losem osób, które zostały pochłonięte wraz z zapadającym się tarasem, jednak miała wrażenie, że teraz i tak nie mogli im w niczym pomóc. Musieli spierdalać stąd jak najszybciej się dało. Musieli pójść po Astarotha. Nie zamierzała stać w miejscu i zwlekać. Szarpnęła się do przodu, tak, żeby pociągnąć za sobą Roisa. - Nie mogłeś im pomóc. - Nie miała pojęcia, czy ją usłyszy, czy nie, postanowiła jednak wypowiedzieć te słowa.
Musieli się ruszyć i iść dalej.
//zawada porywczy i skrzat półkrwi