Lubił latać. Uwielbiał jeździć na grzbiecie abraksanów, bo wolność stawała się wtedy prawdziwa. Miała kształt i kolory. Barwy nieba i chmur. Wiatr smagał w twarz i burzył fryzurę. Nikt się tym tam nie przejmował. Nikt nie próbował cię poprawiać, nie oceniał. Wolał abraksany od ludzi, bo abraksany i konie nie kłamały. Ufały bezgranicznie temu, kto się do nich zbliżył i nie ufały tym, którzy przychodzili z zewnątrz. Jakby rodzina znaczyła tam o wiele więcej.
Lubił opowieści lasu. Drzewa zawsze miały wiele do powiedzenia. Wystarczyło wsłuchać się w szmer listowania. Dać szansę migotaniu świateł w koronach drzew. Poczuć skrzypiące gałęzie i korę pod palcami. Niektóre z tych opowieści były całkowicie młode, inne sięgały czasów, które ledwo pamiętali magowie.
Lubił książki, które wychodziły spod ręki czarodziei jak i mugoli. Te powieści, które tchnęły filozofią czasów swoich i dawnych. Przekazy skomplikowane i te najbardziej proste. Naukę, jaką można było z nich wyciągnąć, garściami opiewała na tym, co najwyższe i tym, co całkowicie niskie, okrutne, przyziemne. Od agape aż po morte. Od teog, co przyjemne, aż po okropieństwa ludzkich jaźni.
Lubił też rzeczy nowe. Wszystko, co niepoznane i co tchnęło małą kapką tajemnicy czekającej na odsłonięcie. Zaspokojenie ciekawości nie zawsze ją zabijała. Zabił wiele ciekawostek dotyczących Flynna. Nie stracił przy tym nim zainteresowania. Lubił też, kiedy Flynn mu czytał, tak samo jak lubił czytać jemu. Wolał to niż samotne spędzanie czasu przy książkach.
Ta chwila składała się na mnóstwo rzeczy, które lubił. Mimo to uśmiech nie zdobił jego twarzy. Melancholia obejmowała jego umysł jak jesienny wiatr obejmował swoimi ramionami Anglię i przeczesywał platynę jego włosów. Huśtał się delikatnie. Bardziej niż latanie przywodziło to na myśl lewitację. Patrzył na drzewa i rysujące się morze, które zapomniało, czy było oddzielnym bytem, czy jednością z niebem. Widok piękny - powinien napełniać go zachwytem i radością. Tylko że drzemała w nim pustka, którą nic nie chciało wypełnić. Nie mogło wypełnić. Ledwo chwilowe radości i odczucia go nawiedzały, by zaraz przepadać w tej czarnej dziurze, pochłaniane przez nią jak ku złośliwości. Bo przecież na widok sprezentowanej huśtawki naprawdę się ucieszył.
Umiłowanie Flynna do rzeczy upiornych kłóciło się zupełnie z tym, że siedział w New Forest i lubił trzymać na sobie nogi chyba jednej z najbardziej łagodnych ludzi tego świata. Albo i nie? Może jego umiłowanie polegało na niszczeniu tego, co najśliczniejsze i najbardziej łagodne? Laurentowi to było już chyba obojętne. Niech niszczy. Niech dewastuje ten kawałek raju - przecież i tak dawno został zgwałcony i zalany błotem. Mógł łamać dalej skrzydła, żeby nie dało się latać, bo i tak nie miały piór do rozdawania. Co za różnica, czy łamiesz dalej już i tak połamane serce. Żadna.
I powinno robić to na nim większe wrażenie. Niektóre upiorne fragmenty sprawiały, że unosił głowę w górę. Czy wiedział, jak przyjemny miał głos? Jak ta membrana sprawiała, że chciał go słuchać? Nawet jego odchrząkiwania, to, że wcale nie miał głosu klarownego, jak potrafił czasem się jąkać, albo potrzebował czasu, żeby w ogóle się zastanowić, co powiedzieć. Musiał o tym wiedzieć - przecież Laurent mu to ciągle powtarzał. Powinno robić na nim większe wrażenie to, że śmierć była realnym bytem. Prawdziwą damą o własnych zasadach, ponad bogami, ponad wszystkim, co obejmowalne głową. Dziwne - wystarczy ją pomalować wyraźną farbą, żeby z niewiadomej stała się twoją przyjaciółką.
Podniósł wzrok na niebo i przymrużył lekko oczy. Paskudna, czarna chmura zwiastująca burzę. Dziwne. Tak, w istocie dziwne - bo Laurent wcale nie czuł burzy w powietrzu. Mimo to przeszedł go dreszcz i złapał głębszy oddech, jakby powietrze stawało się nieco gęstsze. Zsunął się niezgrabnie z huśtawki i wyciągnął dłoń do czarnowłosego w odpowiedzi na jego gest.
- Jakbyś nie zauważył - lubię być mokry. - Nie ważne, czy chodziło o leżenie w wannie, siedzenie tyłkiem w morzu przez pół dnia, czy letni deszcz w ogrodzie. Czego nie lubił to tego, kiedy deszcz rujnował mu fryzurę i sprawiał, że potem musiał zadbać o swoją garderobę, a wszystko lało się na panele w domu. I już robił pierwszy krok, od którego zaczynać miała się każda podróż, ale przy tym drugim już się zatrzymał. - Och... - Uniósł drugą dłoń, wyciągając ją na spotkanie popiołu. Przesunął po nim kciukiem, patrząc z niezrozumieniem na szary ślad pozostawiony na swojej skórze. Przymrużył oczy, kiedy jedna z drobin opadła na jego nos i znów podniósł oczy ku niebu. - Flynn... zobacz, co się dzieje w New Forest. TERAZ. - Jego głos stał się nagle napięty, bo przecież pierwsza myśl brzmiała tak: rezerwat płonie. Mimo to żadna łuna ognia nie unosiła się nad lasem. - To popiół. - Dodał, gdyby zobaczył jakąkolwiek wątpliwość czy niezrozumienie na twarzy czarnowłosego.