Lewis skrzywił się na opowieść kolegi o jego podbojach. Sam wszedł w tę pułapkę, tutaj nie miał jak się wybronić. Należało mu się, po tym jak podpisał cyrkowca swoimi komentarzami. Niewyparzona morda jeszcze nie raz go wpadkuje w jakieś posrane kłopoty. To przynajmniej było tylko obleśne, a nie problematyczne. Za słuchanie o pedalskim ruchaniu do ciupy iść się nie da, chyba. Tak mu się wydawało.
Nigdy się nie zastanawiał nad swoją urodą. Wiedział, że realistycznie jest dość przyjemny dla oczu, miał łatwość w podrywaniu dziewczyn, zawsze jakoś tak na ładne oczy dużo mu przychodziło łatwo. Tylko się nad tym nie zastanawiał, może oprócz momentów, gdy już dorósł i często go zachęcano, aby dołączył do kurtyzan obsługujących klientelę.
— Wiesz co jest w wypadku jak twój najgorsze? Człowiek ma ochotę powiedzieć chuj ci w dupę, tak z rozpędu, a to nawet nie jest obraźliwe — wywalił na niego jęzor.
Ciężkie westchnienie opuściło jego usta, przekleństwa zmielił w gębie, przynajmniej większość wiązanki, bo realnie, mógł mieć wiedzę, ale kto z tego korzystał? Woody prowadził biznes i jego łaskawość też miała swoje granice, a goście Rejewachu nie opływali w złoto. Praca dawała mu jeść, ale nie zamierzał kłamać, nie była najbardziej satysfakcjonująca. Człowiek robił, co musiał.
— I ciekawe komu będę gotować prażony ryż z szafranem, co najwyżej twojemu lalusiowi, bo nawet nie sobie samemu, bo mnie kurwa na składniki nie stać. Może Grubemu Samowi, co przepierdala hajs na fajki i wódę?
Uniósł brwi do góry. Ostatecznie sałatka została wymieszana i była gotowa do jedzenia. Pachniała obłędnie, wielowarstwowością przypraw, kwaskowatą głębią sosu wyrównaną kremową łagodnością sera.
— Masz i spierdalaj, wracam spać — stwierdził rzeczowo. Zamiast jednak skierować się do swojego łóżka, zaczął myć swoje noże, wycierać je do sucha i układać w pokrowcu, a następnie blaty, deski i wszystkie przybory, które zostały użyte do przygotowania sałatki.