03.02.2023, 18:18 ✶
Ale powrót wyglądał zupełnie inaczej niż wejście tutaj. Już wypadając z pokoju, Alanna dostrzegła, że korytarz hotelu nie przypominał tego, co wcześniej. Teraz ze ścian odłaziła płatami stara tapeta, część lamp zwisała smętnie, część leżała na ziemi (powyrywana przez kogoś siłą i porozbijana). Podłoga była dziurawa, trzeszcząca. Zniknął zupełnie miękki dywan. Drzwi do innych pokoi – pozamykane, gdy szła - teraz otwierały się same, gdy je mijała uciekając. Gdy biegła, w uszach narastał jej ogłuszający ryk.
Zejście głównymi schodami stało się zupełnie niemożliwe. Zastawiono je meblami z kilku pokoi dla gości - a zrobiono to tak bardzo skutecznie, że choćby Alanna próbowała się po nich wspinać, nie miała, jak przedostać się tamtędy w dół.
Na jej szczęście, ścigające ją martwe ciało Clare z prawdziwą śmierciożerczynią w środku, nie poruszało się szybko. Być może nawet ciągle tkwiło w wannie, szamocząc się bezładnie i dopiero próbując wydostać.
Nie było rady, mogła tkwić na korytarzu i czekać aż jej zabójczyni ją dopadnie albo musiała wbiec do któregoś z pokoi na piętrze i próbować wydostać się przez okno. Ale któregokolwiek pokoju nie wybrała, zaraz po przestąpieniu progu, drzwi się za nią zamknęły z hukiem.
I znowu zapanowała cisza.
Alanna znalazła się w dziwnie znajomym miejscu. Było tam ciemno i parno. W oknach wisiały żaluzje. Biała firana była pożółkła od brudu i dymu tytoniowego. Stało tu biurko. Na nim znajdowało się sporo papierów, metaliczne, zdobione pudełeczko z tuszem i pióra. Na podłodze rozsypano jakieś dokumenty. Jeśli kiedykolwiek widziała pismo swojego męża, Martina, rozpoznała, że wszystkie zostały napisane jego ręką. Był tu też czarny fotel. Książki. Zdechły, bo nie podlewany od dawna i już zasuszony kwiatek. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający upiornie wyglądającą wiedźmę.
Coś poruszyło się pod biurkiem i jeśli tylko Alanna pochyliła się i spojrzała w tamtym kierunku, spostrzegła siedzącego Martina. Mężczyzna obejmował rękami kolana, a gdy ich spojrzenia na moment się spotkały, wskazał na coś co znajdowało się za plecami czarownicy.
Pokój znowu uległ zmianie. Teraz przypominał piwnicę, w której ktoś musiał zrobić coś bardzo, bardzo złego. Zamiast pod biurko, Alanna zaglądała pod pordzewiały, pokrwawiony stół. Crouch rozpłynął się, pozostawiając po sobie tylko zaschniętą, ciemną plamę. W powietrzu unosił się obrzydliwy zapach rozkładającego się mięsa i szaleństwa. Na ścianach wisiały przedmioty, które w innym miejscu, mogły wyglądać niewinnie (piłka do metalu, obcęgi, młotek, lina), tu jednak niewinne nie były. Pod jedną ze ścian stał zestaw alchemiczny, leżało trochę ziół i czaszka jakiegoś małego zwierzęcia. Znajomy hałas powrócił, narastając w głowie czarownicy.
Najwyżej dwa metry od niej znowu znalazło się ciało Clare. Tym razem przebrane w strój upiornej wiedźmy z obrazu. Uśmiechało się coraz szerzej, wreszcie szczęśliwe, że zdołało ją dopaść.
Ale nie zdążyło.
Najpierw usłyszała cichy, znajomy, męski szept: nigdy nie wyszedł z tej piwnicy, a potem Alanna poczuła na mgnienie oka rękę na swoim ramieniu.
I znowu wszystko ucichło.
Była sama. Stała na zapuszczonej stacji widmo. Jej walizka spoczywała tuż obok niej. Jeszcze słyszała dźwięki oddalającego się pociągu, z którego niepotrzebnie wysiadła.
Zejście głównymi schodami stało się zupełnie niemożliwe. Zastawiono je meblami z kilku pokoi dla gości - a zrobiono to tak bardzo skutecznie, że choćby Alanna próbowała się po nich wspinać, nie miała, jak przedostać się tamtędy w dół.
Na jej szczęście, ścigające ją martwe ciało Clare z prawdziwą śmierciożerczynią w środku, nie poruszało się szybko. Być może nawet ciągle tkwiło w wannie, szamocząc się bezładnie i dopiero próbując wydostać.
Nie było rady, mogła tkwić na korytarzu i czekać aż jej zabójczyni ją dopadnie albo musiała wbiec do któregoś z pokoi na piętrze i próbować wydostać się przez okno. Ale któregokolwiek pokoju nie wybrała, zaraz po przestąpieniu progu, drzwi się za nią zamknęły z hukiem.
I znowu zapanowała cisza.
Alanna znalazła się w dziwnie znajomym miejscu. Było tam ciemno i parno. W oknach wisiały żaluzje. Biała firana była pożółkła od brudu i dymu tytoniowego. Stało tu biurko. Na nim znajdowało się sporo papierów, metaliczne, zdobione pudełeczko z tuszem i pióra. Na podłodze rozsypano jakieś dokumenty. Jeśli kiedykolwiek widziała pismo swojego męża, Martina, rozpoznała, że wszystkie zostały napisane jego ręką. Był tu też czarny fotel. Książki. Zdechły, bo nie podlewany od dawna i już zasuszony kwiatek. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający upiornie wyglądającą wiedźmę.
Coś poruszyło się pod biurkiem i jeśli tylko Alanna pochyliła się i spojrzała w tamtym kierunku, spostrzegła siedzącego Martina. Mężczyzna obejmował rękami kolana, a gdy ich spojrzenia na moment się spotkały, wskazał na coś co znajdowało się za plecami czarownicy.
Pokój znowu uległ zmianie. Teraz przypominał piwnicę, w której ktoś musiał zrobić coś bardzo, bardzo złego. Zamiast pod biurko, Alanna zaglądała pod pordzewiały, pokrwawiony stół. Crouch rozpłynął się, pozostawiając po sobie tylko zaschniętą, ciemną plamę. W powietrzu unosił się obrzydliwy zapach rozkładającego się mięsa i szaleństwa. Na ścianach wisiały przedmioty, które w innym miejscu, mogły wyglądać niewinnie (piłka do metalu, obcęgi, młotek, lina), tu jednak niewinne nie były. Pod jedną ze ścian stał zestaw alchemiczny, leżało trochę ziół i czaszka jakiegoś małego zwierzęcia. Znajomy hałas powrócił, narastając w głowie czarownicy.
Najwyżej dwa metry od niej znowu znalazło się ciało Clare. Tym razem przebrane w strój upiornej wiedźmy z obrazu. Uśmiechało się coraz szerzej, wreszcie szczęśliwe, że zdołało ją dopaść.
Ale nie zdążyło.
Najpierw usłyszała cichy, znajomy, męski szept: nigdy nie wyszedł z tej piwnicy, a potem Alanna poczuła na mgnienie oka rękę na swoim ramieniu.
I znowu wszystko ucichło.
Była sama. Stała na zapuszczonej stacji widmo. Jej walizka spoczywała tuż obok niej. Jeszcze słyszała dźwięki oddalającego się pociągu, z którego niepotrzebnie wysiadła.