25.03.2025, 21:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2025, 21:52 przez Charles Mulciber.)
Emocje nie pozwalały Charlesowi na spokój. Chociaż od wydarzeń w rozgłośni radiowej minęło już trochę czasu, to wciąż czuł dudniące w piersi serce i szum w uszach. Sam już nie wiedział, czy gorąco jest mu przez wszechogarniające płomienie, czy przez ekscytację wydarzeniami, do których zaprosił go Rodolphus. Posłusznie trzymał usta zamknięte, chociaż chciał mówić, dyskutować, paplać - omawiać wszystko, co się dookoła nich działo. Niełatwo było powstrzymać chęć dzielenia się spostrzeżeniami, lecz widok ponurej maski Rodolphusa przypominał mu, gdzie i po co byli. To nie była zabawa, a początek rewolucji.
W nowym miejscu nie było inaczej, niż w poprzednim - świat płonął, a niegodni wrzeszczeli, jakby to miało uratować ich nędzne żywoty. Mulciber puścił ramię towarzysza, gdy tylko znaleźli się niedaleko Ministerstwa. Rozumiał, dlaczego nie poznaje tożsamości pozostałych. Był tylko naśladowcą, kimś, kto aspirował do stania się żołnierzem w służbie Czarnemu Panu, a więc wciąż niewiadomą. Musiał się wykazać przed dwoma kolejnymi. Naturalna ciekawość kazała mu dociekać, kim mogli być, lecz nie domyślił się tego, bo i nie miał punktu zaczepu. Płeć, do tego wysoki, bardzo wysoki wzrost - to było zbyt mało, by szukać ich imion.
Czuł się mały i nieważny, ale tym razem nawet mu to nie przeszkadzało. Nie wiedział, co ma robić, a tamci wręcz przeciwnie, byli przywódcami, którzy mieli kierować jego ręką. Zawiesił spojrzenie na tym, który wydawał się być najważniejszym przywódcą.
Nokturn, Ataraxia. Miejsce niewiele mu mówiło, ale skinął głową, przyjmując do wiadomości informacje. Wydawało się, że to ten, który przekazał informacje, wydawał rozkazy. Czekał na jego znak.
W nowym miejscu nie było inaczej, niż w poprzednim - świat płonął, a niegodni wrzeszczeli, jakby to miało uratować ich nędzne żywoty. Mulciber puścił ramię towarzysza, gdy tylko znaleźli się niedaleko Ministerstwa. Rozumiał, dlaczego nie poznaje tożsamości pozostałych. Był tylko naśladowcą, kimś, kto aspirował do stania się żołnierzem w służbie Czarnemu Panu, a więc wciąż niewiadomą. Musiał się wykazać przed dwoma kolejnymi. Naturalna ciekawość kazała mu dociekać, kim mogli być, lecz nie domyślił się tego, bo i nie miał punktu zaczepu. Płeć, do tego wysoki, bardzo wysoki wzrost - to było zbyt mało, by szukać ich imion.
Czuł się mały i nieważny, ale tym razem nawet mu to nie przeszkadzało. Nie wiedział, co ma robić, a tamci wręcz przeciwnie, byli przywódcami, którzy mieli kierować jego ręką. Zawiesił spojrzenie na tym, który wydawał się być najważniejszym przywódcą.
Nokturn, Ataraxia. Miejsce niewiele mu mówiło, ale skinął głową, przyjmując do wiadomości informacje. Wydawało się, że to ten, który przekazał informacje, wydawał rozkazy. Czekał na jego znak.