To się nie działo naprawdę. Ta sama czaszka na niebie z pełzającym w niej węzem, budziła w Tristanie najgorszy koszmar. Wspomnienie z prawie dziesięciu miesięcy temu. Widział go nad swoim domem. Choć nie mógł nic powiedzieć, to nawet gdyby było inaczej, nie wydusiłby z siebie ani słowa. Serce mu waliło, gardło zaciskało. Wrócił ze wspomnień na ziemię, kiedy usłyszał głos pani Quirke, zwracającą się do swojego męża. Wtedy Tristan spojrzawszy na pana Magnusa, a za chwilę też na Olivię, widział to podobieństwo. Jego ukochana była silna. Nie przejmowała się jak jej matka, ale była gotowa stawić czoło tym atakom. Był odpowiednio wyszkolony. Powinien ją chronić. Olivię i jej rodziców. Aby nie spotkało ją to samo, co jego.
Wtem padły polecenia. Pan Magnus postanowił wrócić do Ministerstwa. Swoją żonę poprosił o pomoc sąsiadom. Zaś on z Olivią mają zając się zabezpieczeniem Fiolki. Ward przyjmując do wiadomości polecenie, skinął głową w zrozumieniu. Przynajmniej będzie blisko Olivii, aby zadbać o jej bezpieczeństwo. Nie puści jej nigdzie samej. Jakby też miało jej coś grozić, osłoni ją swoim ciałem. Nie pozwoli im odebrać mu kolejnej bliskiej sercu osoby.
Nie zdążył zareagować na słowa Olivii, pociągnięty za rękę, skierował się z nią do jej domu, z którego wyszli. Pozwolił, aby działała. Tym samym on zabezpieczał plecy, gdyby niespodziewanie ktoś postanowił im przeszkodzić. W co jednak na chwilę obecną wątpił, żeby zostali dostrzeżeni. Wysadzenie drzwi nie było bezpieczne, ale w takiej sytuacji, było to jednak konieczne. Jeżeli mieli zabezpieczyć zawartość tego miejsca. Nie znał się za bardzo na chemii magicznej, pomijając mugolską, więc jedynie czekał na kolejne wytyczne od ukochanej, jednocześnie mocniej zaciskając dłoń na swojej różdżce. Na nowo musiał zebrać w sobie odwagę. Działać tak jak kiedyś. Jak był aurorem.