Wiedziała, że jej to nie ominie, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, ale tak już musiało być. To nie był pierwszy raz... prawda? Tak już miała, nie do końca potrafiła być obojętna na krzywdę innych, nie kiedy znajdowali się na wyciągnięcie ręki, kiedy faktycznie mogła im pomóc. Jasne, zdawała sobie sprawę, że powinni się spieszyć, priorytetyzować swoich najbliższych nad obcymi, ale nie zawsze potrafiła to robić. Nie, kiedy wydawało jej się, że wystarczy chwila, aby pomóc tej kobiecie. Nie wątpiła w to, że Ambroise miał na ten temat inne zdanie, nawet bardzo inne, widziała wkurwienie w jego oczach, kiedy wyrwała się z jego uścisku. Musiał jej wybaczyć, prawda? Musiał, wiedział, że nie zawsze zachowywała się racjonalnie. Dosyć często jej emocje decydowały za nią, wbrew wszelkiemu rozsądkowi. To powinno się zmienić, ale ostatnio jej życie było pełne irracjonalnych decyzji, wypadało nieco od tego odejść, skoro dzisiejszego ranka zdecydowali się do siebie wrócić. Miała dla kogo żyć, prawda? Chyba z przyzywczajenia o tym zapomniała i zachowywała się tak, jakby wcale jej nie zależało. Z drugiej strony była pewna, że poradziłaby sobie z tym osobnikiem, nie bała się stanąć w oko w oko z innym czarodziejem, bo była świadoma swoich umiejętności.
Nie mogła jednak przewidzieć do końca tego, co stało się z okolicznym budynkiem. Nie spodziewała się, że runie, tuż przed nimi. Gdyby zareagowała szybciej mogłaby się znaleźć pod tymi gruzami. Nic takiego się nie stało, była bezpieczna, ale nie miała wątpliwości, że Ambroise zrobi jej całkiem długi wykład na temat tego, co by było, gdyby jednak stało się inaczej. Nie była chyba na to gotowa, dobrze, że póki co nie miał takiej możliwości. Może później będzie mniej wkurwiony i nie opierdoli jej tak bardzo. Pozostawało mieć nadzieję, czyż nie?
Yaxleyówna miała świadomość, jak wygląda ten świat. Wiedziała, że porządek powinien zostać zachowany. Nie przeszkadzało jej zupełnie to, że czystokrwiści byli lepiej traktowani, nie bez powodu ten układ działał przez lata. Jej pochodzenie sporo jej ułatwiało, naprawdę to doceniała, tyle, że nie była w stanie zaakceptować tego, że ktoś krzywdził ludzi przez to, że nie byli jak oni. Jasne, powinni znać swoje miejsce, wiedzieć do kogo faktycznie należy ten świat, ale nie wyrażała aprobaty na to, żeby mordować ludzi w imię jakichś poglądów. To jej nie odpowiadało, dlatego też nie miała problemu z tym, aby zadecydować tak, a nie inaczej, by spróbować się postawić, kiedy komuś na jej oczach działa się krzywda.
Nie zamierzała angażować się nigdy w tę wojnę, bo przecież nie dotyczyła ona jej w żaden sposób. Miała swoje poglądy, które nie były aż tak bardzo drastyczne jak niektórych czystokrwistych, ale była w tym wszystkim człowiekiem, który nie godził się na krzywdzenie ludzi na jej oczach, tylko tyle, a może aż tyle?
Udało im się wydostać z uliczki. Znajdowali się całkiem blisko kamienicy, w której znajdowało się jej mieszkanie. Póki co budynek stał, ulżyło jej - Astaroth musiał być bezpieczny, no, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Kamień z serca. Nie miała pojęcia, czy ogień nie dotrze tam przed nimi, wszędzie wokół bowiem można było dostrzec tańczące płomienie.
Pozostawało tylko przepchnąć się do niego jakoś przez ten tłum ludzi, który znajdował się na chodniku i ulicy. Powinni sobie z tym poradzić, byli już tak blisko, bardzo blisko.
Zamiast odpowiedzieć, po prostu złapała się go mocniej, żeby poczuł, że się go trzymała. Nie miała pojęcia, czy ją usłyszy, bo przecież wokół było strasznie głośno. Krzyki dochodziły do nich chyba z każdej strony, ciężko było się skupić.
Och, nie wątpiła w to, że kiedyś zrozumie. Nie skomentowała jednak teraz jego słów, była zirytowana, że nie udało jej się zareagować na czas, mogła pomóc tej kobiecie, nie udało jej się tego zrobić. Nic się jej przy tym nie stało. Sprawa była jasna, nie było tutaj nic do zrozumienia poza tym, że mogła działać szybciej, wiedziała, że Roise miał co do tego zupełnie inne zdanie, pokazywał to całym sobą. Liczyła na to, że jej wybaczy. Mieli doświadczenie spowodowane z podobnymi wydarzeniami w przeszłości, naprawdę starała się zrozumieć jego zdanie. Pokłócili się o to okropnie, ale jak widać nie była w stanie zachować się inaczej, to był odruch, po prostu odruch. Przychodziło jej to zupełnie naturalnie, bo nigdy nie zastanawiała się za bardzo nad konsekwencjami swoich czynów, nie kiedy działo się wokół niej coś takiego.
Nie było jednak sensu teraz nad tym dywagować, nie kiedy znajdowali się tak blisko domu. Musieli wejść do środka i znaleźć Astarotha, to było w tej chwili ich celem.
// Zawada: Porwyczy