Miała świadomość, że tamtego styczniowego dnia znalazła się bardzo blisko zasłony. Nie był to jednak pierwszy raz. Nie pierwszy raz spoglądała śmierci w oczy, nie pierwszy raz udało jej się z nią dogadać, wymknąć z jej ramion. Może przez to trochę bagatelizowała sprawę? Przynajmniej częściowo. Wiedziała, że przyjdzie moment, w którym nadejdzie jej czas na to, aby zakończyć swój żywot, ale czuła, że to jeszcze nie teraz. Miała przed sobą w końcu mieć wiele wspaniały lat u boku swojego mężczyny. Faktycznie nie powinna prowokować takich niepotrzebnych sytuacji, bo jej życie i bez tego było ich pełne. Jednak przytrafiały się momenty, w których nie do końca panowała nad swoim temperamentem. To był jeden z nich. Mogła zaryzykować, prawie to zrobiła, nie zdążyła, trudno. Nic się jej nie stało, w przeciwieństwie do tej kobiety, która zniknęła za zapadającym się budynkiem. Pozostawało mieć nadzieję, że jakoś uda jej się wyjść stamtąd cało, że tamten mężczyzna nie zrobił jej krzywdy, tyle, czy Yaxleyówna naprawdę była na tyle głupia, aby w to wierzyć? No nie do końca. Jeśli ona jej nie pomogła, nikt tego nie zrobił. Może więc śmierć była dla niej lepszym rozwiązaniem, wiedziała, że poplecznicy Czarnego Dzbana nie mają sumienia, a było wiele rzeczy gorszych od śmierci. Śmierć czasem okazywała się być mniej bolesna od tego, co mogli zrobić człowiekowi.
Nie było jednak sensu się nad tym teraz rozdrabniać. Nie pomogła jej, nie wróciła się, znajdowali się już w inynm miejscu. Zmierzali w stronę jej mieszkania, już zaraz mieli zobaczyć, czy pochłonął je ogień, czy nie, sprawdzić, czy jej brat był bezpieczny. Na tym się teraz skupiała. Cel był jeden - Roth. Wyciągnięcie go z kamienicy i zabranie w bezpieczne miejsce. Nie mogła myśleć o kobiecie, której nie udało jej się uratować, gdy w gre wchodziło życie, a raczej nieżycie jej brata. Już raz go straciła, już raz odszedł z tego świata, gdy trzymała go w ramionach, nie zamierzała powtórzyć tego doświadczenia, nie tym razem.
Miasto zajmowało się ogniem. Nie dało się nie zauważyć, że w Londynie nie było już dłużej bezpiecznie. Musieli stąd spierdalać, jak najszybciej. Zająć się swoimi najbliższymi. To powinien być jej cel, jasne, tyle, że jej natura nie pozwalała Yaxleyównie przechodzić obojętnie wokół krzywdy innych. Tym razem musiała się skupić na sobie i swoich najbliższych, tak. Docierało to do niej coraz bardziej, zwłaszcza, gdy widziała te tłumy ludzi, które przepychały się przez Aleję Horyzontalną.
- Wiem. - Nie potrzebowała, żeby teraz Ambroise ją uświadamiał. To nie był odpowiedni moment na takie rozmowy. Zresztą ledwie go słyszała. Nie wątpiła, że to, co się wydarzyło będzie powodem ich pierwszej poważnej kłótni jako pary, którą ponownie stali się tego ranka. Na pewno wrócą do tego tematu.
Zamiast się jednak teraz na tym skupiać ruszyła przed siebie, przepychała się w stronę swojego domu. Nie miała najmniejszych oporów przed tym, aby zachowywać się jak wszyscy inni. Gdy trzeba było korzystała z łokcia, którym odpychała od nich ludzi. Znajdowali się zdecydowanie zbyt blisko nich. Na szczęście idąc z prądem zdołali dotrzeć do drzwi wejściowych. Odwróciła się jeszcze, mimo, że czuła dłoń Roisa na swoim ciele, aby się upewnić, że na pewno jest tuż za nią.
Już miała nacisnąć klamkę, kiedy usłyszała swoje nazwisko. Sięgnęła po różdżkę, bo przeczuwała, że nie wróży to niczego dobrego. Miała świadomość, że podczas takich wydarzeń wszyscy czystokrwiści byli wrzucani do jednego wora. Łatwo było winić ogół o to, co działo się aktualnie na świecie.
Mężczyzna - podejrzewała, że mugolak próbował rzucić w jej stronę zaklęcie czarnomagiczne. Zareagowała naturalnie, szybko, machnęła różdżką, aby wyczarować tarczę, od której miało się odbić zaklęcie, które pofrunęło w jej stronę. Tak naprawdę nie wiedziała, czy udało mu się je rzucić, instynktownie postanowiła naszykować się na najgorsze. Musiała się obronić.
Nie mogła pozwolić na to, żeby jej, czy Ambroisowi stała się krzywda tylko przez to, że należeli do rodzin czystej krwi. Kurwa, przed chwilą sama była skłonna rzucić się w obronie mugolaczki, a teraz ktoś z nich bez najmniejszego oporu atakował ich. To nie było normalne. Rzuciła pod nosem soczystą kurwę, niezadowolona zupełnie z takiego obrotu sytuacji. Wiedziała, że Roise nie będzie miał najmniejszych oporów przed tym, aby wyciągnąć to przy ich zbliżającej się kłótni. To był idealny argument za tym, żeby pokazać jej jaka była głupia i nawina.
// AF, rozproszenie