26.03.2025, 19:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2025, 20:39 przez Millie Moody.)
Zgrzeszyła myślą mową uczynkiem i zaniedbaniem. Grzeszyła każdego dnia, bluźniła na każdym kroku, czasem mając wrażenie, że całe jej życie jest jednym ciągiem bluźnierstwa i po to została powołana do istnienia, jako czarny cień światła, krucze pióro za tym, który prawdziwe chronił i lśnił, choć sam oczywiście nigdy by tak o sobie nie powiedział. Był jedna jej osobistym bożkiem, a te nie mają zbyt wiele do gadania na temat swojego kultu.
Teraz jednak sytuacja była tak dziwacznie odmienna, kiedy sen, na którego krawędzi zwykle w szaleństwie tańczyła, w końcu nie był koszmarem, a dziwną opowieścią z baśni tysiąca i jednej nocy. Matka Egipcjanka, ojciec żeglarz, ileż poezji było w tym człowieku, ileż mogłoby serce i ciało udźwignąć w zapomnieniu prozy wpadki, prozy soli wciskającej się pod powieki, monotonii kołysania oceanicznych fal, dłoni startych przez liny i szczotki. Nic z tego nie pozostało w głowie Millie, która odkrywała na nowo swojego byłego kolegę z czasów szkolnych, postać pięćdziesiątego siódmego tła, które imię przepadło na dnie zapomnienia, tylko po to, by zostać wyrzuconym na brzeg ostrego klifu. Żagiel łopotał bielą namiotu w którym schronić się mieli przed sztormem, lecz czy finalnie to nie oni nim byli? Morze i wiatr na dobre i na złe? Wzięli wolne od swego życia, by móc porozmawiać, odpocząć, zatonąć. Ile razy skakała z klifu, by zanurzyć się w morzu. Czy i tym razem skoczy?
Przymknęła powieki zasłuchana w opowieść o śmierci gwiazd, czując jak w piersi rozchodzi się spokój, a wobec miałkości ich istnień na wielkim kosmicznym cmentarzysku, wydało jej się takie niejakie i płytkie, że w ogóle opowiadała swojemu księciu o tym jak na wcześniejszych kartach tej książki ktoś porzucił ją po tym gdy oddał jej pantofelek.
– Gwiazdy. Martwe. Tak. W końcu one nie dają życia. Dają sen, który tak blisko jest śmierci, aby pomóc nam się z nią oswoić. To nie słońce, w którego świetle rośnie życie, ale przewodniczki, które pomogą nam dojść do niego. One muszą zgasnąć, by tarcza mogła narodzić się na nowo. – powiedziała cicho, czując suchość w ustach, wspominając z ciężarem słodkiej nostalgii ciche lekcje wróżbiarstwa sprzed lat, gdy poznawała Drogę Głupca, kroczącego chłopca przemierzającego wyboiste koleje losu. A tak się złożyło że była tam karta Gwiazd. Tak się złożyło, że była dla niej ważniejsza, niż mógłby ktokolwiek przypuszczać.
– Czasem czuję się jak Wieża. – podjęła po chwili, nie bacząc na to, że sens mógłby uciec, bo choć myśli już dawno pogrążyły się w tarocie, to przecież w ich rozmowie nikt nie powiedział nic o kartach. Ale Moody o kartach mocno milczała, to one pomagały jej opowiadać o wszystkim co bolało ją bardziej niż złamane upadkiem kości. – Moja matka dała mi na imię Mildred, bo chciała abym była silna w łagodności, a wyszło że... że nie wyszło. Że ani we mnie siły, ani łagodności... Ale widzę to tak, że moją patronką nie jest Moc ale Wieża: zimna budowla, która musiała ukorzyć się przed siłą pioruna, siłą gniewu niebios. Całe życie w okruchach strzaskanych kamieni. I wiesz... wiesz... następny krok prowadzi ku Gwiazdom. Kiedyś śniłam o pustyni, śniłam że wygrzebuje się spod ciężkiego gruzu i zostawiam go za sobą a wydmy jak fale, po których czołgam się oślepiona upadkiem. Aż w końcu w chłodzie, w wyczerpaniu, w mroku są one. Pojawiają się jedna za drugą... Orion, Ozyrys... Może trzeba umrzeć, aby urodzić się na nowo? Wiesz... wiesz, że piasek, że kwarc... to umarłe gwiazdy? Pył w którym się zatapiamy marząc o niebie, jeśli tylko spojrzysz uważnie... my też gdzieś komuś możemy lśnić.
Teraz jednak sytuacja była tak dziwacznie odmienna, kiedy sen, na którego krawędzi zwykle w szaleństwie tańczyła, w końcu nie był koszmarem, a dziwną opowieścią z baśni tysiąca i jednej nocy. Matka Egipcjanka, ojciec żeglarz, ileż poezji było w tym człowieku, ileż mogłoby serce i ciało udźwignąć w zapomnieniu prozy wpadki, prozy soli wciskającej się pod powieki, monotonii kołysania oceanicznych fal, dłoni startych przez liny i szczotki. Nic z tego nie pozostało w głowie Millie, która odkrywała na nowo swojego byłego kolegę z czasów szkolnych, postać pięćdziesiątego siódmego tła, które imię przepadło na dnie zapomnienia, tylko po to, by zostać wyrzuconym na brzeg ostrego klifu. Żagiel łopotał bielą namiotu w którym schronić się mieli przed sztormem, lecz czy finalnie to nie oni nim byli? Morze i wiatr na dobre i na złe? Wzięli wolne od swego życia, by móc porozmawiać, odpocząć, zatonąć. Ile razy skakała z klifu, by zanurzyć się w morzu. Czy i tym razem skoczy?
Przymknęła powieki zasłuchana w opowieść o śmierci gwiazd, czując jak w piersi rozchodzi się spokój, a wobec miałkości ich istnień na wielkim kosmicznym cmentarzysku, wydało jej się takie niejakie i płytkie, że w ogóle opowiadała swojemu księciu o tym jak na wcześniejszych kartach tej książki ktoś porzucił ją po tym gdy oddał jej pantofelek.
– Gwiazdy. Martwe. Tak. W końcu one nie dają życia. Dają sen, który tak blisko jest śmierci, aby pomóc nam się z nią oswoić. To nie słońce, w którego świetle rośnie życie, ale przewodniczki, które pomogą nam dojść do niego. One muszą zgasnąć, by tarcza mogła narodzić się na nowo. – powiedziała cicho, czując suchość w ustach, wspominając z ciężarem słodkiej nostalgii ciche lekcje wróżbiarstwa sprzed lat, gdy poznawała Drogę Głupca, kroczącego chłopca przemierzającego wyboiste koleje losu. A tak się złożyło że była tam karta Gwiazd. Tak się złożyło, że była dla niej ważniejsza, niż mógłby ktokolwiek przypuszczać.
– Czasem czuję się jak Wieża. – podjęła po chwili, nie bacząc na to, że sens mógłby uciec, bo choć myśli już dawno pogrążyły się w tarocie, to przecież w ich rozmowie nikt nie powiedział nic o kartach. Ale Moody o kartach mocno milczała, to one pomagały jej opowiadać o wszystkim co bolało ją bardziej niż złamane upadkiem kości. – Moja matka dała mi na imię Mildred, bo chciała abym była silna w łagodności, a wyszło że... że nie wyszło. Że ani we mnie siły, ani łagodności... Ale widzę to tak, że moją patronką nie jest Moc ale Wieża: zimna budowla, która musiała ukorzyć się przed siłą pioruna, siłą gniewu niebios. Całe życie w okruchach strzaskanych kamieni. I wiesz... wiesz... następny krok prowadzi ku Gwiazdom. Kiedyś śniłam o pustyni, śniłam że wygrzebuje się spod ciężkiego gruzu i zostawiam go za sobą a wydmy jak fale, po których czołgam się oślepiona upadkiem. Aż w końcu w chłodzie, w wyczerpaniu, w mroku są one. Pojawiają się jedna za drugą... Orion, Ozyrys... Może trzeba umrzeć, aby urodzić się na nowo? Wiesz... wiesz, że piasek, że kwarc... to umarłe gwiazdy? Pył w którym się zatapiamy marząc o niebie, jeśli tylko spojrzysz uważnie... my też gdzieś komuś możemy lśnić.