Pomimo tego, że koniec końców udało im się zachować na tyle poszanowania dla siebie nawzajem, że ustalili konkretne działania na nadchodzące Beltane, tak spotkanie nie napełniło Erika wielkimi nadziejami. Wręcz przeciwnie, sprawiło, że tym bardziej martwił się, jak bardzo może zmienić się dynamika służb bezpieczeństwa. Tutaj wystarczyła jedna osoba o nieco nieciekawym podejściu, aby zaburzyć spokój w grupie. Co, jeśli następnym razem pojawią się dwie lub trzy i to z błogosławieństwem kogoś, kogo nie będą mogli zignorować na poczet logiki i rozsądku?
— Są takie chwile, gdy się cieszę, że nie awansowałem wyżej w hierarchii departamentu — przyznał nadzwyczaj otwarcie Erik, aby po chwili westchnąć przeciągle. — To jest jedna z nich. Podziwiam Twoje opanowanie w tym wszystkim. Nie może być łatwo znosić go na co dzień, a już, zwłaszcza jeśli ciągnie go do wyższego stołka. Chociaż może nie wspominaj mu o tym, że się do tego nie nadaje. Może uznać to za dość... mało życzliwe.
Wykrzywił usta w lekkim uśmiechu. Wizja ta była dosyć ciekawa. Nie mógł zaprzeczyć, że z chęcią byłby świadkiem takiej wymiany zdań, jednak wiedział, jak niskie były szanse zaistnienia takiego scenariusza w rzeczywistości.
— Patrick! Nawet tak nie mów, to przerażająca perspektywa — parsknął żartobliwie na samą sugestię.
Że niby mógłby być jakkolwiek spokrewniony z tym konkretnym Rookwoodem? Prędzej by uwierzył, że w drzewie genealogicznym znalazłby Charlesa Rookwooda, który obecnie mieszkał na jego poddaszu. Zmarszczył brwi. To dopiero zbieg okoliczności: jeden Rookwood opierdalał go w pracy, a drugi ukrywał się w jego domu. Los działa w dziwny sposób. Skinął głową Stewardowi, pozwalając się poprowadzić w stronę kapłanki. Patrick miał słuszność w tym, że spotkanie mogło się zakończyć z lepszymi wynikami.
Będzie to coś, na co zdecydowanie będą musieli zwrócić uwagę, jeśli w nadchodzących tygodniach lub miesiącach Ministerstwo Magii zacznie naciskać na trwalszą współpracę Biura Aurorów z Brygadą Uderzeniową. Raczej nie będzie to łatwe, pomyślał z lekką zgrozą, starając się jednak nie załamywać. Rozmowa z Patrickiem podniosła go na duchu, poniekąd uświadamiając go w tym, że przy odpowiedniej cierpliwości, mogą ugrać co nieco.
Uśmiechnął się pogodnie do kapłanki, gdy Patrick zaczął zadawać pytania. Starał się nie brać do siebie jej uwag względem interwencji sił Ministerstwa Magii w sposób organizacji święta. Gdyby nie było przesłanek ku temu, aby Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów musiał skupić się na bardziej skrzętnej ochronie tych terenów, to zapewne by ich tutaj nie było. A już na pewno nie tak licznie. Robota przypadłaby pracownikom najniższego szczebla z paroma bardziej doświadczonymi funkcjonariuszami, którzy mieliby trzymać rękę na pulsie.
— Naturalnie. W innych, spokojniejszych czasach zapewne wyglądałoby to inaczej, ale — wtrącił się, chyląc czoła przed Isobell — nasze działania nie mają na celu zakłócenia Beltane. Pewne decyzje mogą się wydawać ekstremalne, ale mają przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom święta. Lepiej, żeby wzięli w nim udział przy zwiększonych środkach ochronnych, niż gdyby w ogóle mieliby się nie zjawić, czyż nie?
Spojrzał kątem oka na Patricka. Prawdę mówiąc, nie wiedział, co więcej mógłby powiedzieć tej kobiecie. Że postarają się przestrzegać zasad? To było wpisane w ich etykę zawodową. Starali się nie deptać tradycji i magicznych obrzędów, ale mieli też swoje zadanie do wykonania. Każda strona musiała iść na ustępstwa, jeśli Beltane miało się odbyć, a jednocześnie zostać odpowiednio zabezpieczone. Skinął jednak głową na wspomnienie o ogniskach. To było akurat ważna uwaga, którą warto było zapamiętać, zwłaszcza w kontekście tras patroli.
— Zapamiętamy i przekażemy to hmm ostrzeżenie — dodał, ponownie pochylając głowę przed panną Macmillan. — Gdyby jednak przyszło Pani do głowy coś jeszcze, na co moglibyśmy zwrócić uwagę, proszę się do nas zgłosić.
Odczekał jakiś czas, dając szansę Stewardowi na zadanie ewentualnych pytań, a następnie oboje pożegnali się z kapłanką. Czy mogli dowiedzieć się od niego czegoś więcej? Może, ale raczej ściągnęłoby to na nich niechcianą uwagę, gdyby zaczęli natarczywie dopytywać o szczegóły. Osobiście Erik był zdania, że kowen nałożył lub planował nałożyć jakieś dodatkowe zabezpieczenia. W końcu to była święta ziemia, bliska ich sercu, więc na pewno chcieli ją chronić. Szkoda, że nie mieli w stu procentach sprawdzonego dojścia do wysoko postawionych członków sabatu. Znacznie by to im ułatwiło pracę zarówno w ramach pracy dla Ministerstwa, jak i Zakonu Feniksa.
— Mam nadzieję, że jeśli dojdzie do jakiegoś incydentu, to będą wiedziały na kogo skierować swój gniew — skomentował Erik, gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu kapłanki. — Biorą tę świętą ziemię bardzo poważnie, więc kto wie, jak zareagują, jeśli faktycznie dojdzie do... agresywnej ingerencji. Ich magia może się okazać nieprzewidywalna i niekoniecznie rozróżniać kogo ma powstrzymać.
Jeśli kapłanki postanowią nagle rozpętać burzę stulecia, korzystając z dawnych rytuałów i sięgając po energię z magicznej żyły, to raczej nie będą w stanie skierować swojej wściekłości na osoby o konkretnie złych intencjach. Magia nie będzie brała jeńców. Na Merlina, za dużo czasu z Brenną, pomyślał, starając się odsunąć tę dramatyczną wizję na bok. Spotkanie z Rookwoodem i możliwe zmiany w rozkładzie patroli wystarczająco namieszały w oryginalnych planach. Nie powinni sobie jeszcze dokładać zmartwień, jeśli nawet nie byli pewni, czy się pojawią. Po kilku minutach spaceru Patrick i Erik wrócił do pozostałych brygadzistów.
— Jak wam idzie? — spytał, kierując swe pytanie do Brenny oraz Mavelle, rozglądając się przy tym na boki.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞