28.03.2025, 16:05 ✶
– Słuchaj, chciałabym Ci powiedzieć, że pomogę, ale ostatnio jak uczyłam się gotować, to spaliłam garnek z jajkami a moje ciasto pływało w środku będąc węglem z zewnątrz... Ale kuzyn mówił, że nieźle sprzątam więc wiesz. Możesz na mnie liczyć Liv. Potem. Jak to pierdolone gówno już zgaśnie. – Pyrknęła ją lekko barkiem, trochę po chłopakowemu, bo w sumie Miles wychował brat, który tak porozumiewał się ze światem i tak niósł światu przesłanie, że jest obok. Fajnie, że Olivka miała taką fajną mamę. O dziwo iskra zazdrości nie przeskoczyła na Moody, która nie miała mamy wcale, ale też prawda była taka że w obliczu realnych wyjebanych w kosmos problemów dawne niesnaski i wyobrażenia na temat idealnej Olivii Quirke wyparowały wraz z... ee... większością miasta. Czy coś.
– Idziemy do skitranych ludzików, Ty pytasz czy im czego nie trzeba, bo ja mam no... kiepski ryj, mało współczujący. Dajemy im pączki, wodę, koce. Potem no ee jak czegoś będą jeszcze potrzebowali to to ogarniamy razem. W tym czasie połażę po nich, w sensie no nie dosłownie, tylko tak wiesz zagadam, czy kogoś nie zgubili, mam szkicownik, porobię portrety pamięciowe, żebyśmy wiedzieli kogo szukać i jak polecimy do następnej skrytki to ogarniemy wiesz. Czy nie trzeba gdzieś grzebać w gruzowisku, bo są przypisani. Chyba. Nie wiem. – Chaos. Chaos królował na spalonych ulicach, ale Miles paliła się (nie dosłownie) do tego by pomóc, tylko jej mózg krawężnika przyzwyczajony do dostawania poleceń sam kiepsko generował własną inicjatywę. Działała więc w zakresie, który został im dzięki bogom wyznaczony, ewentualnie licząc, że ocaleńcy będą szczęśliwi, że żyją i nikt nie zgubił swojego krewniaka. Pobożne życzenia. Zapewne niewiele mające wspólnego z rzeczywistością.
– Dobra, to jest tam... Musimy się wślizgnąć obok tamtego spalonego wozu. – wskazała jej ruchem głowy, naciągając głębiej kaptur na głowę i rozglądając się czujnie za potencjalnym zagrożeniem, które sprawiałoby, że byliby w czarniejszej dupie, jeśli w ogóle byłoby to możliwe. Nie chciała jednak, by ktoś znalazł tę jebaną skrytkę i miała tu na myśli bardzo konkretnych ktosiów w maskach. Gospodarzy imprezy
– Idziemy do skitranych ludzików, Ty pytasz czy im czego nie trzeba, bo ja mam no... kiepski ryj, mało współczujący. Dajemy im pączki, wodę, koce. Potem no ee jak czegoś będą jeszcze potrzebowali to to ogarniamy razem. W tym czasie połażę po nich, w sensie no nie dosłownie, tylko tak wiesz zagadam, czy kogoś nie zgubili, mam szkicownik, porobię portrety pamięciowe, żebyśmy wiedzieli kogo szukać i jak polecimy do następnej skrytki to ogarniemy wiesz. Czy nie trzeba gdzieś grzebać w gruzowisku, bo są przypisani. Chyba. Nie wiem. – Chaos. Chaos królował na spalonych ulicach, ale Miles paliła się (nie dosłownie) do tego by pomóc, tylko jej mózg krawężnika przyzwyczajony do dostawania poleceń sam kiepsko generował własną inicjatywę. Działała więc w zakresie, który został im dzięki bogom wyznaczony, ewentualnie licząc, że ocaleńcy będą szczęśliwi, że żyją i nikt nie zgubił swojego krewniaka. Pobożne życzenia. Zapewne niewiele mające wspólnego z rzeczywistością.
– Dobra, to jest tam... Musimy się wślizgnąć obok tamtego spalonego wozu. – wskazała jej ruchem głowy, naciągając głębiej kaptur na głowę i rozglądając się czujnie za potencjalnym zagrożeniem, które sprawiałoby, że byliby w czarniejszej dupie, jeśli w ogóle byłoby to możliwe. Nie chciała jednak, by ktoś znalazł tę jebaną skrytkę i miała tu na myśli bardzo konkretnych ktosiów w maskach. Gospodarzy imprezy
Percepcja III, obczajanie ulicy
Rzut Z 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana