29.03.2025, 10:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.03.2025, 10:35 przez Albus Dumbledore.)
Trzykrotne uderzenie zaciśniętą w pięść dłonią potoczyło się po okolicy, a mocny głos Morpheusa dodał do tego dźwięku pikanterii. Z początku nie stało się nic: ze środka knajpy nie dobiegł żaden odgłos, świadczący o tym, że ktokolwiek tam jest. Longbottom nie uzyskał odpowiedzi na swoje jakże krzywdzące słowa, dotyczące zdolności kulinarnych swojego byłego profesora. Stał niczym dumne widły w mniej dumnym gnoju przed drzwiami z napisem DZISIAJ NIECZYNNE, aż do jego uszu dobiegł cichutki szmer.
Zapadki w zamku przesuwały się cicho, a klamka naciskała się sama, by w końcu puściła i pozwoliła drzwiom uchylić się z niemrawym skrzypnięciem. Jedno, drugie uderzenie serca i wnętrze Szczeżui zaprosiło Morpheusa Longbottoma do środka. Wnętrze było rozświetlone kilkoma parami świec, dającymi nikłe, miękkie światło. W knajpie, faktycznie, nie było nikogo.
Nikogo poza jedną jedyną postacią, siedzącą przy stoliku na środku pomieszczenia. Postacią tak dobrze znaną Morpheusowi, nieznacznie starszą, ale z tym samym dobrotliwym uśmiechem, z tym samym przenikliwym spojrzeniem i z tym samym dziwnym otoczeniem, które zawsze pojawiało się w okolicy Albusa Dumbledore'a.
- Twoje słowa mnie ranią, Morpheusie - odezwał się spokojnie, bez cienia żalu w głosie, z tym swoim uprzejmym uśmiechem. Nie wydawał się urażony, bo przecież faktycznie: kochał słodycze, kochał jeść lecz nie potrafił zaklinać magii smaków w potrawach. Nie potrafił sprawić, żeby kubki smakowe były łaskotane przez wytrawne nuty nowych, niecodziennych połączeń. - Zamknij, proszę, drzwi za sobą. Nie martw się, nie jestem odpowiedzialny za zupę. Ja tu tylko jem.
Dumbledore uniósł dłonie w obronnym geście, a przed nim faktycznie: znajdowała się ozdobna, chociaż nieco wysłużona, waza z chochlą, dwa głębokie talerze oraz długie, czyste szklanki i karafka. Woda, tylko tyle miał do zaoferowania, bo przecież w miejscach takich jak to zwykło pić się alkohole, lecz o tej porze dnia nie wypadało. Szczególnie że był 1 września, a Dumbledore powinien pojawić się niedługo gdzie indziej: w Hogwarcie, żeby dopilnować rozpoczęcia kolejnego roku. Żeby przypomnieć, że nie wolno wchodzić do Zakazanego Lasu, żeby zaprosić na wytrawną ucztę i rozpocząć kolejny wspaniały rok, pozwalając dzieciakom odpocząć od tego, co działo się w Anglii.
Szczeżuja była lokalem nadmorskim - nic więc dziwnego, że woń smażonych ryb, tłuszczu, soli oraz czegoś innego, niewypowiedzianego, pchała się do nozdrzy jak nieproszony gość. Dyrektorowi Hogwartu jednak to nie przeszkadzało, a przynajmniej nie dawał po sobie tego poznać. Jego płaszcz i kapelusz spoczywały zawieszone na haczyku obok drzwi, a różdżki nie było nigdzie widać.
@Morpheus Longbottom
Zapadki w zamku przesuwały się cicho, a klamka naciskała się sama, by w końcu puściła i pozwoliła drzwiom uchylić się z niemrawym skrzypnięciem. Jedno, drugie uderzenie serca i wnętrze Szczeżui zaprosiło Morpheusa Longbottoma do środka. Wnętrze było rozświetlone kilkoma parami świec, dającymi nikłe, miękkie światło. W knajpie, faktycznie, nie było nikogo.
Nikogo poza jedną jedyną postacią, siedzącą przy stoliku na środku pomieszczenia. Postacią tak dobrze znaną Morpheusowi, nieznacznie starszą, ale z tym samym dobrotliwym uśmiechem, z tym samym przenikliwym spojrzeniem i z tym samym dziwnym otoczeniem, które zawsze pojawiało się w okolicy Albusa Dumbledore'a.
- Twoje słowa mnie ranią, Morpheusie - odezwał się spokojnie, bez cienia żalu w głosie, z tym swoim uprzejmym uśmiechem. Nie wydawał się urażony, bo przecież faktycznie: kochał słodycze, kochał jeść lecz nie potrafił zaklinać magii smaków w potrawach. Nie potrafił sprawić, żeby kubki smakowe były łaskotane przez wytrawne nuty nowych, niecodziennych połączeń. - Zamknij, proszę, drzwi za sobą. Nie martw się, nie jestem odpowiedzialny za zupę. Ja tu tylko jem.
Dumbledore uniósł dłonie w obronnym geście, a przed nim faktycznie: znajdowała się ozdobna, chociaż nieco wysłużona, waza z chochlą, dwa głębokie talerze oraz długie, czyste szklanki i karafka. Woda, tylko tyle miał do zaoferowania, bo przecież w miejscach takich jak to zwykło pić się alkohole, lecz o tej porze dnia nie wypadało. Szczególnie że był 1 września, a Dumbledore powinien pojawić się niedługo gdzie indziej: w Hogwarcie, żeby dopilnować rozpoczęcia kolejnego roku. Żeby przypomnieć, że nie wolno wchodzić do Zakazanego Lasu, żeby zaprosić na wytrawną ucztę i rozpocząć kolejny wspaniały rok, pozwalając dzieciakom odpocząć od tego, co działo się w Anglii.
Szczeżuja była lokalem nadmorskim - nic więc dziwnego, że woń smażonych ryb, tłuszczu, soli oraz czegoś innego, niewypowiedzianego, pchała się do nozdrzy jak nieproszony gość. Dyrektorowi Hogwartu jednak to nie przeszkadzało, a przynajmniej nie dawał po sobie tego poznać. Jego płaszcz i kapelusz spoczywały zawieszone na haczyku obok drzwi, a różdżki nie było nigdzie widać.
MG: Mirabella Plunkett
@Morpheus Longbottom
to the well-organised mind
death is just the next adventure
death is just the next adventure