29.03.2025, 10:48 ✶
Zaczynała się odrobinę denerwować podobnie jak Morpheus, którego ogarniała irytacja. Elegancko ubrana Roselyn nie nawykła do small talków, ba - z reguły ich unikała jak ognia, obojętnie czy były one przeprowadzane na bankietach, czy w pracy. Po kolejnym pytaniu zerknęła na brata, zanim nie powróciła do Morpheusa, by spojrzeć mu prosto w oczy.
- Panie Longbottom, jaki jest cel pana wizyty? - zapytała w końcu, po chwili milczenia. Zgrabnie zmieniła pozycję, zakładając nogę na nogę. Była piękna, ale była także młoda: zbyt młoda, by mogła prowadzić skomplikowane batalie psychologiczne z kimś tak doświadczonym jak Morpheus. - Abbottowie są częścią naszej rodziny dzięki Mirabelli Abbott, która jest naszą ciotką. Szanujemy zarówno ją, jak i ich. Instytut badawczy Thomasa Greengrassa, naszego ojca, był, jest i będzie zawsze otwarty na każdą utalentowaną osobę, bez względu na jej nazwisko - odpowiedziała gładko i... cóż: zgodnie z prawdą. Nauka była czymś, co potrafiło zatrzeć niesnaski między półkrwistymi czy czystokrwistymi. Co prawda bardzo rzadko zdarzało się, by ktoś był aż tak utalentowany jak osoba czystej krwi, lecz nie mogli zaprzeczyć, że takie przypadki się zdarzały. A oni po prostu gromadzili wokół siebie najlepszych magibotaników. - Jeżeli pyta pan w odniesieniu do ostatniej tragedii, która się wydarzyła w Sadzie Abbottów, to jestem zmuszona pana poinformować, że osobiście dopilnowałam, żeby próbki tej dziwnej rośliny dotarły do mojego ojca. Razem z zaufanym zespołem badawczym zajmuje się tą sprawą i przysięgam na własne życie, zrobimy wszystko co w naszej mocy, by odkryć co się stało.
Roselyn nie była głupia, słyszała o tragedii w Sadzie Abbottów i o tym, co się stało. Wiedziała, że Longbottom był tam obecny i chociaż przełykała w nocy łzy wściekłości na to, że ojciec nie dopuścił jej do zespołu badania tej dziwnej rośliny: to wiedziała, że wziął najlepszych z najlepszych, by rozwikłać tę zagadkę. Nie podobało jej się za to to, co wychodziło z ust Niewymownego.
- Panie Longbottom, gdybym nie słyszała o pana reputacji, pomyślałabym, że to oskarżenie - powiedziała nieco ostrzej niż zamierzała, a jej dłoń nieznacznie zacisnęła się na kolanie. - Jeżeli chodzi o święte drzewa rodziny Greengrass, nie wiem co mogłabym panu odpowiedzieć: to sprawa rodziny Greengrass, nie Ministerstwa.
- Panie Longbottom, jaki jest cel pana wizyty? - zapytała w końcu, po chwili milczenia. Zgrabnie zmieniła pozycję, zakładając nogę na nogę. Była piękna, ale była także młoda: zbyt młoda, by mogła prowadzić skomplikowane batalie psychologiczne z kimś tak doświadczonym jak Morpheus. - Abbottowie są częścią naszej rodziny dzięki Mirabelli Abbott, która jest naszą ciotką. Szanujemy zarówno ją, jak i ich. Instytut badawczy Thomasa Greengrassa, naszego ojca, był, jest i będzie zawsze otwarty na każdą utalentowaną osobę, bez względu na jej nazwisko - odpowiedziała gładko i... cóż: zgodnie z prawdą. Nauka była czymś, co potrafiło zatrzeć niesnaski między półkrwistymi czy czystokrwistymi. Co prawda bardzo rzadko zdarzało się, by ktoś był aż tak utalentowany jak osoba czystej krwi, lecz nie mogli zaprzeczyć, że takie przypadki się zdarzały. A oni po prostu gromadzili wokół siebie najlepszych magibotaników. - Jeżeli pyta pan w odniesieniu do ostatniej tragedii, która się wydarzyła w Sadzie Abbottów, to jestem zmuszona pana poinformować, że osobiście dopilnowałam, żeby próbki tej dziwnej rośliny dotarły do mojego ojca. Razem z zaufanym zespołem badawczym zajmuje się tą sprawą i przysięgam na własne życie, zrobimy wszystko co w naszej mocy, by odkryć co się stało.
Roselyn nie była głupia, słyszała o tragedii w Sadzie Abbottów i o tym, co się stało. Wiedziała, że Longbottom był tam obecny i chociaż przełykała w nocy łzy wściekłości na to, że ojciec nie dopuścił jej do zespołu badania tej dziwnej rośliny: to wiedziała, że wziął najlepszych z najlepszych, by rozwikłać tę zagadkę. Nie podobało jej się za to to, co wychodziło z ust Niewymownego.
- Panie Longbottom, gdybym nie słyszała o pana reputacji, pomyślałabym, że to oskarżenie - powiedziała nieco ostrzej niż zamierzała, a jej dłoń nieznacznie zacisnęła się na kolanie. - Jeżeli chodzi o święte drzewa rodziny Greengrass, nie wiem co mogłabym panu odpowiedzieć: to sprawa rodziny Greengrass, nie Ministerstwa.