To nie był pierwszy raz, kiedy zmienili podejście do siebie o sto osiemdziesiąt stopni. Pamiętała ten moment, gdy wyciągnęła do niego rękę, a on ją odtrącił. Chciała dać mu swoje wsparcie, a ten nie miał zamiaru go przyjąć. Uderzyło to w jej dumę, była na niego zła, nie potrafiła zrozumieć takiego podejścia, ale jednak to było coś zupełnie innego, niż to, co przydarzyło im się później. Wtedy gdy już wiedzieli co to znaczy należeć do siebie. Wtedy jeszcze nie mieli tej świadomości, więc to nie było takie bolesne, chociaż i tak czuła, że coś tracą przez to, że traktowali się w ten sposób. Od zawsze wiedziała, że nie tędy droga, że powinni współpracować. Nie miała pojęcia skąd jej się to brało, ale najwyraźniej już wtedy miała podświadomie to wrażenie, że są dla siebie kimś więcej. Później było tylko gorzej, te prawie dwa lata temu strata była naprawdę okrutna. Szczególnie, gdy już wiedziała co to znaczy być z nim. Trwali przy sobie przez wiele lat. Nie mogła uwierzyć w to, że postanowił opuścić ją bez słowa. Przyjęła swoją własną narrację, aby jakoś to przetrawić, mimo tego krótkiego listu, który ją zostawił, bo tak było prościej. Wmawiać sobie, że chciał czegoś innego, że ona go ograniczała, że nie dawała mu szczęścia. Przynajmniej znalazła jakiś powód, przez który to zrobił. Prawda różniła się od jej wersji, ale co z tego? Dzięki temu jakoś udało jej się przetrwać ten okropny okres w jej życiu. Nie zamierzała teraz do tego wracać, czy tego roztrząsać, grunt, że wreszcie znaleźli tę dobrą drogę i nic nie miało im przeszkodzić w tym, aby znowu mogli iść razem przez życie.
- Cóż, na pewno masz rację. - Nie dodała jak zawsze. Zresztą znał Pottera dużo lepiej od niej, na pewno mógł być pewien tego, co mówi. Nie oznaczało to jednak, że nie poczuła dzikiej satysfakcji, kiedy wysłała do niego tego wyjca. Miała nadzieję, że chociaż przez moment zastanowi się nad tym, czy faktycznie warto jest się wtrącać w nieswoje sprawy, w ten, okropnie pokrętny sposób.
Miała świadomość, że znalazła się już w pewnej grupie wiekowej, w której wypadałoby uregulować pewne sprawy. Tyle, że jednak nigdy nie chciała, aby to było gestem związanym z jakąkolwiek formą litości, czy spełnienia jej nieistniejących oczekiwań. Pamiętała ich rozmowy na ten temat. Za pierwszym razem miało to być tylko zwodzeniem ich rodzin, czyż nie? Tak ustalili, nie do końca jej się podobało takie podejście, za drugim razem Ambroise zdecydował się na taką rozmowę po tym, jak wrócił do domu po swojej nieobecności. Nie tego chciała. Zależało jej na tym, aby to wydarzyło się zupełnie naturalnie, nie było poparte tym, co wydarzyło się akurat w ich życiu. Nigdy nie chciała go zmuszać do tego, aby podjął takie, a nie inne kroki. Nie miała pojęcia o tym, że wtedy zamierzał to zmienić, w siedemdziesiątym pierwszym. Ostatnio wyjaśnili sobie, że mieli podobna wizję przyszłości, że byli skłonni sięgnąć po więcej, myśleli o tym, aby założyć rodzinę, chociaż nigdy nie podjęli takiej dyskusji. Mimo wszystko byli gotowi to zrobić, ze sobą. To świadczyło o tym, że traktowali się naprawdę poważnie, zresztą, czy czas, który spędzili razem również o tym nie świadczył? To było oczywiste. Nie potrafiłaby sobie wyobrazić podobnej przyszłości u boku kogokolwiek innego, to zawsze miał być Ambroise - nikt inny.
Zresztą było im całkiem dobrze być przy sobie właśnie w ten sposób. To nie niosło ze sobą żadnych większych konsekwencji, z czasem ich rodziny przywykły do tego, że nawet to robili po swojemu, chociaż przecież nie wypadało. W przypadku takich dwóch, silnych charakterów... to nie było niczym nadzwyczajnym. Od zawsze wyznaczali własne ścieżki. Nikt nie wątpił w to, że byli ze sobą szczęśliwi, trwali przy sobie przez lata. Tyle, że właśnie, nadszedł ten moment, w którym zobowiązania, wspólne nazwisko, małżeństwo mogło zmienić to, co im się przydarzyło. Nie myślała o tym, jakby wyglądało ich życie, gdyby faktycznie postanowili uregulować to wszystko w inny sposób, nie zrobili tego, więc mogli się rozejść bez praktycznie żadnych konsekwencji - przynajmniej tych oficjalnych, bo przecież każde z nich wtedy to okropnie przeżywało, każde zaliczyło swoją tragedię.
Nigdy nie chciała go nikim zastąpić. Wiedziała, że to nie będzie możliwe, nie zamierzała sobie nawet wmawiać, że jest inaczej. Szukała chwilowego zapomnienia, ale miała świadomość, że nikt nie będzie jej w stanie dać tego, co dawał jej Ambroise. Nikt nie mógł stworzyć z nią domu, bezpiecznej przystani, z dala od całego zła, które działo się na świecie. Być może pokazywała się ze swoim przyjacielem na tych wszystkich sabatach, ale robiła to tylko dlatego, aby spełnić oczekiwania rodziny. Musiała się tam pojawiać, brylować na salonach, chociaż to zupełnie nie było w jej stylu, a zdecydowanie wolała robić to u boku kogoś, za kim przepadała. Może nie w do końca taki sposób, w jaki inni to odbierali, ale nigdy nie zaprzeczała, że lubi Erika, był w końcu jej przyjacielem. Od dawna lubiano plotkować na ich temat, więc miała święty spokój jeśli chodzi o ewentualne swatanie jej z kimś innym. To był całkiem wygodny układ.
Nie zakładała jednak, że ktoś, kto ją zna, może wziąć to na poważnie. Na pewno nie spodziewała się, że Ambroise może tak do tego podejść. Miał w końcu świadomość tego, że przyjaźniła się z Longbottomem. Jak widać nawet on potrafił nieco zaplątać się w tym, co było prawdą, gdy w grę wchodziły plotki, a przecież wiedział, że ona uwielbiała je podsycać. Wiele razy robili to razem. Nawet już podczas ich pierwszego, wspólnego spotkania na zimowym balu. Przecież wtedy też oszukali wszystkich tam obecnych, powinien o tym pamiętać.
Nie było jednak sensu teraz skupiać się na tym wszystkim, nie kiedy dotarło do nich to, że mogli być szczęśliwi tylko i wyłącznie ze sobą, i w końcu pozwolili sobie do tego wrócić. To wszystko, co wydarzyło się pomiędzy tym było nieważne, nie zamierzała o tym myśleć, mimo, że wiedziała, że jak ona szukał pocieszenia w innych ramionach. Zresztą poniosło ich wtedy w maju, potraktowali siebie tak, jak traktowali wszystkich innych, którzy nie mieli dla nich najmniejszego znaczenia. Pozwolili rządzy przejąć nad sobą władzę, doprowadzili do tego nic nieznaczącego, niechlubnego zbliżenia, a później rozeszli się każde w swoją stronę. To świadczyło samo za siebie. Bez siebie byli w zupełnej rozsypce i postępowali niewłaściwie.
Całkiem łatwo przyszło im ponowne znalezienie się w łóżku, czuła, że to stanie się ich rutyną, w końcu wypadałoby się sobą odpowiednio nacieszyć, czyż nie? Stracili trochę czasu, więc trzeba było go nadrobić.
Mimo, że to ona była odpowiedzialna za to, że znowu tam wylądowali, to Roise najwyraźniej wykorzystał okazję, przez co znalazła się w potrzasku, mimo, że to ona znajdowała się nad nim. Wcale jej to nie przeszkadzało.
- Półtorej godziny to bardzo dużo czasu. - Starała się uspokoić swój oddech, co wcale nie było łatwe, gdy poczuła jego zęby na swoim uchu. Nie mogła jednak teraz tak po prostu odpuścić. To nie powinno się wydarzyć. - Chyba, że rozbijemy to półtorej godziny na trochę mniej... - Chyba powoli zaczynała odpuszczać, przecież byli panami swojego czasu, prawda?
- Jak bardzo jesteś w stanie przyspieszyć to, co masz załatwić? - Nie zapominała o tym, że miał swoja sprawę, o którą nie wypytywała. Tak właściwie to przecież ona była już zupełnie naga, mogli się dość szybko pozbyć jego ubrania, pozwolić sobie na chwilę zapomnienia, a i tak udałoby się im wyjść, czyż nie?