Zaśmiałam się niezręcznie.
— Ano nie mamy. Tak jak mówiłam, czarodziejom to nie przeszkadza, ale mugole mogą liczyć tylko na paczki od rodziny mieszkającej za granicą — dodałam.
— Nie, tak jak tutaj, polscy czarodzieje żyją w ukryciu, mają osobny rząd i tak dalej. Oczywiście są też magiczni komuniści, ale na szczęście nie są obecnie w większości... Chyba... — przerwałam na chwilę. Moje pojęcie o polityce było niemal zerowe. Kojarzyłam jakieś nazwiska wykrzykiwane czasem podczas pijackich wojaży, ale co, kto i dlaczego było dla mnie niejasne. — W każdym razie nie zauważyłam, żebyśmy w tej kwestii narzekali na jakieś braki!
Niezręczność goniła niezręczność. Strasznie obawiałam się reakcji Fernah, ale nie było tak źle. Pokiwałam głową na jej słowa. To prawda, czarodzieje, jako ci żyjący w ukryciu, byli bardziej zależni od Mugoli, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z istnienia ukrytego świata.
— Uhm... Jak wszędzie — odpowiedziałam na kolejne pytanie dziewczyny, a w obręby świadomości wleciały mi jakieś urywki o Kodeksie Tajności. — W dużych miastach są magiczne dzielnice, zupełnie jak w Londynie. Reszta... właściwie tak samo. Domy i mieszkania pozabezpieczane antymugolskimi zaklęciami i tak dalej. Oczywiście, najgorzej jest jak ma się farmę z magicznymi zwierzętami, ale i na to są zaklęcia. Moja wioska jest dość nietypowa, bo, o ile dobrze kojarzę, to tam każdy Mugol jest spowinowacony z czarodziejem, więc ukrywanie czegokolwiek odbywa się dopiero, jak ktoś niepowołany się tam przyturla, ale to też rzadko, bo tam mało kto przyjeżdża... — Zrobiłam przerwę. Nie mam pojęcia jak po angielsku jest sołtys. — Eeee, burmistrz wioski musi co jakiś czas przejść się i sprawdzić, czy wszystkie gospodarstwa są zabezpieczone, w razie czego. Przezorny zawsze ubezpieczony, co nie? Albo zabezpieczony... Hm...