Każdy ma prawo się wkurwić.
Dzisiaj nikt nie miał zamiaru stać się święty. Bo każdy chciał być bogaty, nie biedny. Nokturn błyskawicznie wyczuł nadchodzącą atmosferę tej nocy. Najwidoczniej do tego dnia tylko różdżki brygadzistów dzieliły złodziei i bandytów od reszty magicznego Londynu. Narastający chaos i anarchię na ulicach zamierzał wykorzystać każdy chytry i nieco sprawniejszy rzezimieszek, w tym Maddox. Choć wypełzając ze Ścieżek, jego intencją nie było napchanie sobie kieszeni kasą, albo czymkolwiek co nieco cenniejsze, to cieszył się jak dzieciak na zakończenie roku szkolnego. Długo przyszło mu czekać na noc wyjątkową jak ta. Co prawda wcześniej również zdarzały się milutkie rozróby i szarpaniny które wymykały się władzy z rąk. Niektóre marsze charłaków potrafiły być bardzo gorączkowe, a nie chwaląc się przesadnie Dox dokładał do tego swoje czy knuty. Może nie był szczególnie gorliwym aktywistom na rzecz praw charłaków, ale rozumiał że nie mieli łatwo i w pewien sposób spotykali się z systemowym uciskiem. Przestał chodzić w momencie kiedy ktoś z organizatorów, bardzo słusznie zresztą, że wcale nie jest dla nich wsparciem tylko szuka okazji do awantury. Ciężko było mu się z tym nie zgodzić. Strzelenie w pysk mundurowemu po zakończonym marszu, czy proteście było jak słodki serniczek do kawy. Ciężko było sobie odmówić.
Więc wylazł na powierzchnie i szybko się okazało, że matka rewolucja pożera własne dzieci. W tym chaosie brakowało odrobiny porządku, ale tak to już było kiedy prawo dżungli wchodziło na ostro. Kilku szabrowników pochlastało się nawzajem nożami o kilka galeonów z sakiewki. Jeden umarł na miejscu, drugi niecałe sto metrów dalej wykrwawił się i skonał na bruku. Choć był blady i siny to trzymał ten mieszek ciasno, niemalże przy sercu. Maddox wyrwał mu ten worek i bez zastanowienia wyrzucił do kanału przez kratkę ściekową. Z głupoty ludzie robili paskudne rzeczy. Chociaż nie byli głupi, tylko biedni. Kiedyś przeczytał w jednej mugolskiej książce, że to byt kreuje świadomość, a nie świadomość kreuje byt. Zapamiętał, ale dopiero teraz zrozumiał na przegniłym, ale namacalnym przykładzie.
Dotarł na skraj dzielnicy, gdzie Nokturn krzyżował się z Horyzontalną. Dotarł na niewielki plac, gdzie weekendami dorobkiewicze handlowali importowanym towarem dla tych lepszych średniaków z Horyztontalnej. Dotarł do plac nie znając nawet drogi. Pomimo, że ulice niosły wyjątkowo wiele silnych aromatów, zapach krwi tego konkretnego Bonesa drażnił go w nozdrza niesamowicie. Młodszy kuzyn kogoś z bocznej linii, piąta woda po kisielu, rybi chuj bez znaczenia. Ale to on posłał zabójcze zaklęcie, jeszcze niecały miesiąc temu w jednego z klan-braci Sfory. Ludzie mówią, że krew ma metaliczny posmak, jakby każdy smakował tak samo. Bzdura. Każdy smakował inaczej. Dlatego nigdy nie kupowały go te gadki o czystości krwi, nie przekonywały go argumenty Lorda Voldemorta. Mugol, mieszaniec, czyścioszek. Każdy smakował tak samo różnie, bez znaczenia jakie miał pochodzenie. Dorwał go. Nie bez pomocy, bo głodne na okazję oprychy z bocznych uliczek tylko czekały na sygnał, aż ktoś pierwszy zwróci na siebie uwagę brygadzistów. Nie interesowało go więcej, niż dopaść tego jednego skurwiela. Zaciągnął go ze sobą z powrotem na Nokturn, gdzie zamierzał się nieco zabawić jego kosztem, zanim wyzionie ducha. Szukając ustronnego miejsca, jakiejś chwilowej rudery, ciągnął za sobą pogryzionego i krwawiącego brygadziste. Koledzy z dzielnicy, autochtoni Nokturnu gwizdali za nim ironicznie jak zwykle gwizdali na tanie dziewczyny. Jednych żarty trzymały się wyjątkowo dobrze, innych zupełnie nie.
- Randkę mamy, wypierdalaj ciekawski chuju. Rzucił przez ramię kiedy usłyszał jak Bones zaczął ewidentnie prosić o pomoc kogoś konkretnego, a nie Matkę, czy smutny los. Był zajęty ustawianiem scenerii. Krzesło pod ścianą, na podłodze rozsypane zęby, które wcześniej oczywiście wybił swojej randce. Obok leżał jeden wilkołaczy kieł, dla porównania jak malutcy byli porządkowi, jeśli pozbawić ich róźdżek. Już kończył napis malowany krwią brygadzisty "Sfora nie gryzie, Sfora poże...". Odwrócił się jednak, bo jego nowa dziewczyna chyba zamierzała uciec przez okno, jak w popularnych żartach. Niby wiedział, że drugiego spotkania już nie będzie, ale mimo tego chciał mu jeszcze sporo poopowiadać jak to nienawidzi policji, jak do dupy jest system którego pilnował i dlaczego każdy bogacz chujem jest. - Oh. To tylko Ty, Malfoy. Rzucił sobie, lekko drwiąco, lekko żartobliwie. Z tą butelczyną w ręce, nie wyglądał jakby do końca wiedział po co tu przyszedł. Jednak ten blond na głowie dobrze mu znany, mówił wystarczająco dużo. Spoglądał chwilę to na Baldwina, to na Bonesa, bardzo rozbawiony tym, iż ten drugi naprawdę myślał że da radę uderzyć w jakieś empatyczne tony blondyna. Może nie wiedział, może nie dostrzegał, bo może strach przysłonił mu oczy. Jednak Maddox wiedział, że podpity Malfoy wywodził się z tego samego miejsca, co on i próżno u niego szukać szlachetnych pobudek. - Chcesz czegoś? Czy będziesz się tylko tak przyglądał? Zapytał oblizując palce z lepkiej hemoglobiny pod paznokciami. Właściwie był ciekaw czego szuka tutaj ten gładki fiołeczek. Z jednej strony było wiadome, że doliniarze, ani inne szumowiny nie zaczepiały Malfoyów w tej okolicy, ale czy była to odpowiednia pora na nocne spacery dla platynowych chłopców.