30.03.2025, 15:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.03.2025, 15:22 przez Lorraine Malfoy.)
Danse Macabre było szczególnym miejscem. Pamiętała ten przybytek z czasów dzieciństwa, choć wtedy, z zamocowanej przed wejściem szubienicy zwieszał się nie rycerz w zbroi, lecz królewski błazen w czapce z dzwoneczkami, które podzwaniały wesoło, poruszane wiatrem. Ale błazen zniknął wraz z wybuchem wojny, zastąpiony przez rycerza. Zniknęło błazeńskie berło, zniknęła kolorowa czapeczka, zniknął słodki pobrzęk dzwoneczków. Został nieprzyjemny zgrzyt metalowych płyt zbroi, ciężka kolczuga i miecz, którego tępe ostrze obijało się głucho o rdzewiejące nagolennice.
Dziwny był to wyraz solidarności: rycerz w samym środku Nokturnu, z napisem: "jebać aurorów" wyrytym na napierśniku. Kiedyś to Atreusa nazywała w myślach swoim rycerzem, ale on nigdy nim nie był – nie tak naprawdę. Był aurorem. Był aurorem, a oni widzieli w Nokturnie siedlisko zła i nędzy, siedlisko moralnego upadku. Przestępując próg gospody, zawsze powtarzała w myślach fragment wyuczonego na pamięć poematu arturiańskiego Tennysona, poematu o rycerzu na łożu śmierci. Jak mogła dłużej wierzyć w powtarzaną raz po raz bajkę, że zależy mu na jej bezpieczeństwie? Że jest jej przyjacielem, obrońcą?
Bo taka była rola rycerzy. Nie potykać się ze sobą w turniejach, tocząc pojedynki, o których pisano potem w pieśniach. Nie folgować swemu rozpasaniu podczas wystawnych uczt, gdzie lały się miód i wino – lepkie i słodkie jak spojrzenia rozlewających je dam, których czci broniono tylko po to, aby później mogły być z niej odarte tak jak z ubrań. Rolą rycerza nie było zabijać smoki i inne potwory z legend, rozbijając się błędnie po świecie w poszukiwaniu złota, chwały i nieśmiertelności. Rolą rycerza było bronić tych, którzy sami bronić się nie potrafili.
Nikt nie bronił Nokturnu. Nokturn musiał bronić się sam.
Być może ta pusta, poruszana wiatrem zbroja była ich jedyną obroną przed resztą świata – jedyną, na jaką było ich stać – ale wciąż, lepsza taka obrona, niż żadna.
Bo co to był za świat, w którym Atreus, auror stojący na straży prawa, podniósł rękę na Maeve, a Stanley, czarnoksiężnik służący Voldemortowi, obiecał ją chronić? Świat, w którym pierwszego uważano za bohatera, a drugiego za złoczyńcę?
Dobrze wiedziała, że świat nie jest sprawiedliwy, a jednak, wpatrując się w puste oczy śmierci utrwalonej w gobelinie, Lorraine czuła ten sam spokój, jaki ogarniał ją w kaplicy zakładu pogrzebowego. Świat mógł nie być sprawiedliwy, ale śmierć już tak. Gobelin pulsował w półmroku, szepcząc cicho w zagięciach materiału, w zmęczonych splotach, które pamiętały więcej niż jakiekolwiek ludzkie oczy. Nucąc ponurą pieśń, której nuty odbijały się w wyszytych na gobelinie kręgach krwi. Pieśń, której rytm wyznaczał łoskot opadających pod gilotyną głów. Koronowane głowy i bose stopy spotykają się w prochu, powtarzała w myślach słowa ojca. Księżniczki – wciąż jeszcze czuła niesmak na wspomnienie tytułu, jakim zwrócił się do niej Rodolphus – i prostytutki. Królowie i żebracy. Bogacze i poeci. Aurorzy i Śmierciożercy. Wszyscy rozpadamy się i stwarzamy w tym samym prochu.
Nic nie będzie znaczył srebrny język Rodolphusa, gdy poczuje na szyi srebrne ostrze gilotyny.
– Słodki masz język, wężu – zauważyła Lorraine, wyciągnąwszy rękę, aby popieścić węża, który wciąż wił się wokół szyi księżniczki uwięzionej pośród splotów gobelinu. Teraz nie potrzebowała pomocy ojca, aby dosięgnąć jego połyskliwych łusek. Gad nastawił łeb, wyraźnie zadowolony z jej pieszczoty. Lorraine uśmiechnęła się lekko. Uśmiechać wydawał się także wąż, który wysuwał swój rozdwojony język, wyszyty za pomocą cienkiej, czerwonej nitki. – Słodki jak grzech.
Tak słodki, że aż rzygać jej się chciało.
Rodolphus patrzył tylko na Lorraine, ale Lorraine nie zaszczyciła go spojrzeniem. Nie musiała. Patrzyła na niego oczami swych pająków. Patrzyła na niego oczami Nokturnu.
Bogaty. Szlachetnie urodzony. Elegancko odziany, może nie w najprzedniejsze szaty, ale wciąż zdecydowanie mniej wyświechtane niż jego komplementy, z oczami, które błyszczały dumą, nie głodem. Nie wolno go tknąć, uprzedziła, wiedząc, że wielu zechce zaciągnąć go między pajęczyny.
Nie bez powodu umówiła się z Rodolphusem w miejscu publicznym. Szukając wsparcia u lokalnych przedsiębiorców, którzy chcieliby się zaangażować w finansowanie jadłodajni, potrzebowała argumentów, a co było lepszym argumentem od pieniędzy? Tylko obietnica pieniędzy. Starych pieniędzy, tak samo starych, jak krew płynąca w żyłach Malfoyów i Lestrange'ów. Lorraine miała krew, ale nie miała pieniędzy, więc wykorzystała okazję.
To na Rodolphusa mieli patrzeć. To Rodolphusa mieli zobaczyć.
A Rodolphus patrzył tylko na nią.
Wreszcie się do niego odwróciła, oderwawszy wzrok od wiszącego na ścianie gobelinu. Nie umknęło jej uwadze, jak blisko siebie stali, nie zareagowała jednak wcześniej na jego bliskość, nie dopóki nie wyciągnął w jej stronę ręki, w której trzymał podarek. Przedziwny był to podarek: Lorraine uśmiechnęła się lekko, widząc martwą, zasuszoną różę zamkniętą pod szklanym kloszem. Pozwoliła opaść zasłonie ze srebrnoblond włosów, za którą się ukrywała, aby podnieść na niego oczy, lśniące jak diamenty. A więc przyniósł jej kwiaty...
– Co według ciebie czyni dzieło "prawdziwym"? – Jeżeli Rodolphus myślał, że Lorraine mu odpuści, był w błędzie. – Co czyni sztukę sztuką?
Dziwny był to wyraz solidarności: rycerz w samym środku Nokturnu, z napisem: "jebać aurorów" wyrytym na napierśniku. Kiedyś to Atreusa nazywała w myślach swoim rycerzem, ale on nigdy nim nie był – nie tak naprawdę. Był aurorem. Był aurorem, a oni widzieli w Nokturnie siedlisko zła i nędzy, siedlisko moralnego upadku. Przestępując próg gospody, zawsze powtarzała w myślach fragment wyuczonego na pamięć poematu arturiańskiego Tennysona, poematu o rycerzu na łożu śmierci. Jak mogła dłużej wierzyć w powtarzaną raz po raz bajkę, że zależy mu na jej bezpieczeństwie? Że jest jej przyjacielem, obrońcą?
Bo taka była rola rycerzy. Nie potykać się ze sobą w turniejach, tocząc pojedynki, o których pisano potem w pieśniach. Nie folgować swemu rozpasaniu podczas wystawnych uczt, gdzie lały się miód i wino – lepkie i słodkie jak spojrzenia rozlewających je dam, których czci broniono tylko po to, aby później mogły być z niej odarte tak jak z ubrań. Rolą rycerza nie było zabijać smoki i inne potwory z legend, rozbijając się błędnie po świecie w poszukiwaniu złota, chwały i nieśmiertelności. Rolą rycerza było bronić tych, którzy sami bronić się nie potrafili.
Nikt nie bronił Nokturnu. Nokturn musiał bronić się sam.
Być może ta pusta, poruszana wiatrem zbroja była ich jedyną obroną przed resztą świata – jedyną, na jaką było ich stać – ale wciąż, lepsza taka obrona, niż żadna.
Bo co to był za świat, w którym Atreus, auror stojący na straży prawa, podniósł rękę na Maeve, a Stanley, czarnoksiężnik służący Voldemortowi, obiecał ją chronić? Świat, w którym pierwszego uważano za bohatera, a drugiego za złoczyńcę?
Dobrze wiedziała, że świat nie jest sprawiedliwy, a jednak, wpatrując się w puste oczy śmierci utrwalonej w gobelinie, Lorraine czuła ten sam spokój, jaki ogarniał ją w kaplicy zakładu pogrzebowego. Świat mógł nie być sprawiedliwy, ale śmierć już tak. Gobelin pulsował w półmroku, szepcząc cicho w zagięciach materiału, w zmęczonych splotach, które pamiętały więcej niż jakiekolwiek ludzkie oczy. Nucąc ponurą pieśń, której nuty odbijały się w wyszytych na gobelinie kręgach krwi. Pieśń, której rytm wyznaczał łoskot opadających pod gilotyną głów. Koronowane głowy i bose stopy spotykają się w prochu, powtarzała w myślach słowa ojca. Księżniczki – wciąż jeszcze czuła niesmak na wspomnienie tytułu, jakim zwrócił się do niej Rodolphus – i prostytutki. Królowie i żebracy. Bogacze i poeci. Aurorzy i Śmierciożercy. Wszyscy rozpadamy się i stwarzamy w tym samym prochu.
Nic nie będzie znaczył srebrny język Rodolphusa, gdy poczuje na szyi srebrne ostrze gilotyny.
– Słodki masz język, wężu – zauważyła Lorraine, wyciągnąwszy rękę, aby popieścić węża, który wciąż wił się wokół szyi księżniczki uwięzionej pośród splotów gobelinu. Teraz nie potrzebowała pomocy ojca, aby dosięgnąć jego połyskliwych łusek. Gad nastawił łeb, wyraźnie zadowolony z jej pieszczoty. Lorraine uśmiechnęła się lekko. Uśmiechać wydawał się także wąż, który wysuwał swój rozdwojony język, wyszyty za pomocą cienkiej, czerwonej nitki. – Słodki jak grzech.
Tak słodki, że aż rzygać jej się chciało.
Rodolphus patrzył tylko na Lorraine, ale Lorraine nie zaszczyciła go spojrzeniem. Nie musiała. Patrzyła na niego oczami swych pająków. Patrzyła na niego oczami Nokturnu.
Bogaty. Szlachetnie urodzony. Elegancko odziany, może nie w najprzedniejsze szaty, ale wciąż zdecydowanie mniej wyświechtane niż jego komplementy, z oczami, które błyszczały dumą, nie głodem. Nie wolno go tknąć, uprzedziła, wiedząc, że wielu zechce zaciągnąć go między pajęczyny.
Nie bez powodu umówiła się z Rodolphusem w miejscu publicznym. Szukając wsparcia u lokalnych przedsiębiorców, którzy chcieliby się zaangażować w finansowanie jadłodajni, potrzebowała argumentów, a co było lepszym argumentem od pieniędzy? Tylko obietnica pieniędzy. Starych pieniędzy, tak samo starych, jak krew płynąca w żyłach Malfoyów i Lestrange'ów. Lorraine miała krew, ale nie miała pieniędzy, więc wykorzystała okazję.
To na Rodolphusa mieli patrzeć. To Rodolphusa mieli zobaczyć.
A Rodolphus patrzył tylko na nią.
Wreszcie się do niego odwróciła, oderwawszy wzrok od wiszącego na ścianie gobelinu. Nie umknęło jej uwadze, jak blisko siebie stali, nie zareagowała jednak wcześniej na jego bliskość, nie dopóki nie wyciągnął w jej stronę ręki, w której trzymał podarek. Przedziwny był to podarek: Lorraine uśmiechnęła się lekko, widząc martwą, zasuszoną różę zamkniętą pod szklanym kloszem. Pozwoliła opaść zasłonie ze srebrnoblond włosów, za którą się ukrywała, aby podnieść na niego oczy, lśniące jak diamenty. A więc przyniósł jej kwiaty...
– Co według ciebie czyni dzieło "prawdziwym"? – Jeżeli Rodolphus myślał, że Lorraine mu odpuści, był w błędzie. – Co czyni sztukę sztuką?