30.03.2025, 23:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.03.2025, 23:32 przez Jonathan Selwyn.)
Ostatnie pół roku wydawało się zarówno kawałem czasu, jak i mrugnięciem oka. Pół roku temu siedział jeszcze we Francji. Pół roku temu dowiedział się, że prawdziwa, szczęśliwa miłość jednak nie istnieje po tym jak przez sześć ostatnich lat uważał, że tak, oczywiście że istnieje, nawet jeśli oficjalne deklaracje nigdy nie padły.
Teraz jednak było mu lepiej. To znaczy na tyle lepiej, aby dopuszczać do siebie myśl o powrocie do randek, chociaż jeszcze nie wykonał w tę stronę żadnego kroku. Na całe szczęście była jeszcze praca i to praca znakomita, bo nie dość, że ciągle było coś do roboty, to jeszcze niemal codziennie siedział ramię w ramię z Anthonym. Nie wspominając już o tym, że miło było chociaż trochę rządzić miejscem, w którym kiedyś musiał latać parząc dla wszystkich kawę.
Niestety dzisiejszy problem był taki, że Anthonym'emy ewidentnie coś było. Shafiq był zbyt... Wesoły. Nie, nie chodziło nawet o to, że byl wesoły. Przecież nawet wiktoriańskie sieroty o najsmutniejszej toni rozpaczy zamiast oczu, potrafiły się czasem uśmiechać. Anthony był naprawdę dziwnie podekscytowany i Selwyn obawiał się, że albo coś mu było, albo jego przyjaciel bardzo ciekawe reagował na spotkanie z jego kuzynem. I to bliskim kuzynem, bo jednak Jonathan Roberta traktował mocno jako część rodziny, a nie kogoś kto po prostu był z nim spokrewniony, jak zapewne każdy z każdym w czystokrwistej społeczności.
W pewnym jednak momencie, kiedy Anthony zerwał się ze swojego miejsca, Jonathan nie wytrzymał i zaraz znalazł się obok swojego szefa, aby delikatnie podnieść go do pionu i bezceremonialnie położyć mu dłoń na czole. Te magiczne szale ze Sganów Zjednoczonych, które do nich właśnie przyszły były podejrzane, zwłaszcza że zgubiły się dwa razy w transporcie. Może było na nich coś co wywoływało dziwną formę choroby? Przecież to były Stany Zjednoczone. Każdy wiedział, że ich towary zapewne nie spełniały wszystkich wymogów bezpieczeństwa. I czy przypadkiem nie dostali ostatnio jakiejś broszury o przesyłkach postpywanych dla żartów proszkiem wywołującym temperaturę, wysypkę i pobudzenie? Czoło Shafiqa nie było jednak ciepłe.
– Hm... – mruknął, wciąż przyglądając się badawczo drugiemu czarodziejowi, łapiąc go przy tym za ramiona. – Nie masz gorączki. Rozbieganego spojrzenia raczej też nie. Skąd ta ekscytacja mój drogi? Dobrze się czujesz? Mogę cię rozebrać? W sensie odpiąc koszulę, by zobaczyć czy nie masz tej podłej wysypki żartownisiów?
Teraz jednak było mu lepiej. To znaczy na tyle lepiej, aby dopuszczać do siebie myśl o powrocie do randek, chociaż jeszcze nie wykonał w tę stronę żadnego kroku. Na całe szczęście była jeszcze praca i to praca znakomita, bo nie dość, że ciągle było coś do roboty, to jeszcze niemal codziennie siedział ramię w ramię z Anthonym. Nie wspominając już o tym, że miło było chociaż trochę rządzić miejscem, w którym kiedyś musiał latać parząc dla wszystkich kawę.
Niestety dzisiejszy problem był taki, że Anthonym'emy ewidentnie coś było. Shafiq był zbyt... Wesoły. Nie, nie chodziło nawet o to, że byl wesoły. Przecież nawet wiktoriańskie sieroty o najsmutniejszej toni rozpaczy zamiast oczu, potrafiły się czasem uśmiechać. Anthony był naprawdę dziwnie podekscytowany i Selwyn obawiał się, że albo coś mu było, albo jego przyjaciel bardzo ciekawe reagował na spotkanie z jego kuzynem. I to bliskim kuzynem, bo jednak Jonathan Roberta traktował mocno jako część rodziny, a nie kogoś kto po prostu był z nim spokrewniony, jak zapewne każdy z każdym w czystokrwistej społeczności.
W pewnym jednak momencie, kiedy Anthony zerwał się ze swojego miejsca, Jonathan nie wytrzymał i zaraz znalazł się obok swojego szefa, aby delikatnie podnieść go do pionu i bezceremonialnie położyć mu dłoń na czole. Te magiczne szale ze Sganów Zjednoczonych, które do nich właśnie przyszły były podejrzane, zwłaszcza że zgubiły się dwa razy w transporcie. Może było na nich coś co wywoływało dziwną formę choroby? Przecież to były Stany Zjednoczone. Każdy wiedział, że ich towary zapewne nie spełniały wszystkich wymogów bezpieczeństwa. I czy przypadkiem nie dostali ostatnio jakiejś broszury o przesyłkach postpywanych dla żartów proszkiem wywołującym temperaturę, wysypkę i pobudzenie? Czoło Shafiqa nie było jednak ciepłe.
– Hm... – mruknął, wciąż przyglądając się badawczo drugiemu czarodziejowi, łapiąc go przy tym za ramiona. – Nie masz gorączki. Rozbieganego spojrzenia raczej też nie. Skąd ta ekscytacja mój drogi? Dobrze się czujesz? Mogę cię rozebrać? W sensie odpiąc koszulę, by zobaczyć czy nie masz tej podłej wysypki żartownisiów?