31.03.2025, 02:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2025, 16:17 przez Alexander Mulciber.)
TW: przemoc, trochę obrzydliwych opisów krwi
Nie odezwał się choćby słowem. Nie musiał, tak samo jak nie musiał niczego pokazywać Rodolphusowi, który wzdragał się przed prymitywizmem metody działania, nie przed działaniem. Uniósł tylko powalaną krwią dłoń, okutaną w czarną rękawicę, pokazując Stanleyowi, że ta zdążyła całkiem już przesiąc posoką. Nie, nie bał się pobrudzić rąk. Jego ręce całe były we krwi. Krwi, która zdawała się błyszczeć głęboką czernią, gdy padał na niego odległy poblask ognistej łuny.
– Tylko nie zabijaj – syknął, odsuwając się mimowolnie, gdy poczuł, jak ciało leżącego pod nim mężczyzny – dotąd wstrząsane drgawkami cruciatusa – zastyga w bezruchu, niby to w pośmiertnym stężeniu. Cóż z tego, że ręce miał całe umazane jego juchą. Nie przeszkadzało to Mulciberowi, dopóki życie wciąż tętniło w mężczyźnie. Trupa nie chciał dotykać. Cyganie nie dotykali trupów. Trupy zdejmowały go obrzydzeniem. Ręce można było obmyć z krwi, ale rytualnego oczyszczenia dokonać było trudniej. Zwłaszcza mając na sumieniu tyle grzechów, co Mulciber.
Widząc, że Lestrange opuszcza powoli różdżkę, poprawił jednak chwyt, zapominając o obrzydzeniu.
Wreszcie kolano przestało przyciskać szyję, pozwalając plecom okaleczonego przezeń mężczyzny wygiąć się w spazmatycznym łuku opistotonusu. Wreszcie przestało blokować drogi oddechowe, uniemożliwiając zaczerpnięcie powietrza. Nie było jednak ulgi, która przychodziła wraz z oddechem: wraz z oddechem przychodził tylko ból.
Nie padło ze strony Alexandra choćby słowo sprzeciwu. Nie potraktował słów Stanleya jako zaczepki, tylko jako rozkaz, a rozkazy trzeba było wykonywać.
Nie zastanawiał się nad sensem swoich działań. Nie musiał. Przemoc była tylko pustym rytuałem, który musiał odprawiać prorok, bo taki był porządek rzeczy: paradoks proroka polegał na tym, że nie wiedział, czy przewidywał przyszłość, czy ją tworzył. Wiedział tylko, że czuje ją pod opuszkami palców. A jego palce zaciskały się teraz się na języku mężczyzny.
Jak na gardle ofiarnego zwierzęcia, pomyślał unosząc różdżkę. Zwierzęcia, które zarżnięto na rytualnym ołtarzu ku czci Hekaty, aby móc potem wywróżyć przyszłość z jego wnętrzności.
Nie myślał o ogniu, nie myślał o krzykach, nie myślał o bólu, który zadawał. Po prostu uciął mężczyźnie język. Obślizgły kawałek mięsa upadł na bruk, w akompaniamencie cierpienia.
Nie odezwał się choćby słowem. Nie musiał, tak samo jak nie musiał niczego pokazywać Rodolphusowi, który wzdragał się przed prymitywizmem metody działania, nie przed działaniem. Uniósł tylko powalaną krwią dłoń, okutaną w czarną rękawicę, pokazując Stanleyowi, że ta zdążyła całkiem już przesiąc posoką. Nie, nie bał się pobrudzić rąk. Jego ręce całe były we krwi. Krwi, która zdawała się błyszczeć głęboką czernią, gdy padał na niego odległy poblask ognistej łuny.
– Tylko nie zabijaj – syknął, odsuwając się mimowolnie, gdy poczuł, jak ciało leżącego pod nim mężczyzny – dotąd wstrząsane drgawkami cruciatusa – zastyga w bezruchu, niby to w pośmiertnym stężeniu. Cóż z tego, że ręce miał całe umazane jego juchą. Nie przeszkadzało to Mulciberowi, dopóki życie wciąż tętniło w mężczyźnie. Trupa nie chciał dotykać. Cyganie nie dotykali trupów. Trupy zdejmowały go obrzydzeniem. Ręce można było obmyć z krwi, ale rytualnego oczyszczenia dokonać było trudniej. Zwłaszcza mając na sumieniu tyle grzechów, co Mulciber.
Widząc, że Lestrange opuszcza powoli różdżkę, poprawił jednak chwyt, zapominając o obrzydzeniu.
Wreszcie kolano przestało przyciskać szyję, pozwalając plecom okaleczonego przezeń mężczyzny wygiąć się w spazmatycznym łuku opistotonusu. Wreszcie przestało blokować drogi oddechowe, uniemożliwiając zaczerpnięcie powietrza. Nie było jednak ulgi, która przychodziła wraz z oddechem: wraz z oddechem przychodził tylko ból.
Nie padło ze strony Alexandra choćby słowo sprzeciwu. Nie potraktował słów Stanleya jako zaczepki, tylko jako rozkaz, a rozkazy trzeba było wykonywać.
Nie zastanawiał się nad sensem swoich działań. Nie musiał. Przemoc była tylko pustym rytuałem, który musiał odprawiać prorok, bo taki był porządek rzeczy: paradoks proroka polegał na tym, że nie wiedział, czy przewidywał przyszłość, czy ją tworzył. Wiedział tylko, że czuje ją pod opuszkami palców. A jego palce zaciskały się teraz się na języku mężczyzny.
Jak na gardle ofiarnego zwierzęcia, pomyślał unosząc różdżkę. Zwierzęcia, które zarżnięto na rytualnym ołtarzu ku czci Hekaty, aby móc potem wywróżyć przyszłość z jego wnętrzności.
// Rzucam kością na statystykę kształtowanie ◉◉◉○○, aby odciąć naszej ofierze język.
Rzut Z 1d100 - 94
Sukces!
Sukces!
Nie myślał o ogniu, nie myślał o krzykach, nie myślał o bólu, który zadawał. Po prostu uciął mężczyźnie język. Obślizgły kawałek mięsa upadł na bruk, w akompaniamencie cierpienia.
// W dalszym ciągu korzystam z przewagi walka wręcz oraz ze statystyki aktywność fizyczna ◉◉◉○○, aby przytrzymywać ofiarę przy ziemi.
// Posmak zawady foliowa czapka i moich cygańskich superstycji w tym, że wzdragam się na myśl, że mógłbym dotknąć trupa, więc puszczam na chwilę unieruchomionego mężczyznę, gdy Rodolphus go torturuje.
// Jako posiadacz trzeciego oka, odgrywam, że czuję, że Czarny Pan manipuluje nami i naszymi emocjami, żeby nikt nie mógł do końca przewidzieć jego działań.
// Posmak zawady foliowa czapka i moich cygańskich superstycji w tym, że wzdragam się na myśl, że mógłbym dotknąć trupa, więc puszczam na chwilę unieruchomionego mężczyznę, gdy Rodolphus go torturuje.
// Jako posiadacz trzeciego oka, odgrywam, że czuję, że Czarny Pan manipuluje nami i naszymi emocjami, żeby nikt nie mógł do końca przewidzieć jego działań.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat