31.03.2025, 13:50 ✶
Położył dłoń. I zabrał dłoń. A potem dziwił się, że punktowała jego gejostwo.
Jego śmiech był jednocześnie miły i niemiły i nie potrafiła tego wyjaśnić, ale co najważniejsze - pomagał. Pomagał się ogarnąć, pomagał odejść od stolika, pomagał sarknąć pod nosem cynicznie “tak tak, zakochanie się, to nigdy nikomu nie wyszło na dobre co nie?”. Nie wiedziała za bardzo co ten śmiech oznaczał i jakie słowa za nim stały, bo może gdyby się zaczęła zastanawiać, to ten kołowrotek z chomikiem na sterydach by się jej wyjebał, wyszłaby na boso z piekarni i nigdy nie wróciła. Bo to chyba nie było tak, że Basilius śmiał się z niej? A co jeśli…
Bucky rzucił jej kontrolne spojrzenie, właściwie łypali spode łba przez chwilę na siebie, przy czym Millie wychodziło to lepiej, zwłaszcza teraz, kiedy zostawiła szpilki daleko. Wzięła kawę. Wzięła kolejnego pączka tylko po to, by go skórować z zaschniętego lukru. Wróciła do stolika. Nie podobało jej się, że nie czuje się z nim tak komfortowo jak kiedyś. Nie podobało jej się to, że im więcej słów padało między nimi, takich “na poważnie” tym dziwniej jej było mówić w ogóle.
– Jeśli Cię to pocieszy, to u mnie też jest przejebanie i też za bardzo nie ogarniam tych spraw. Erik powiedział, że powinnam iść do klasztoru i złożyć śluby czystości i wiesz kurwa, chyba to zrobię.– Nie podniosła głowy. Dźwięczny śmiech Liszka odbijał jej się w głowie. Czy byłaby aż tak brzydka jako chłopak? Już kiedyś miała krótkie włosy. Przez bardzo krótką chwilę. – Mój współlokator chyba znalazł znowu kogoś. I… i ten ktoś to ta dziewczyna, z którą spadłam z wieży wiesz. Tamtego wieczoru jak… jak byliśmy na klifach. Wtedy się o tym dowiedziałam. A następnego dnia rano tylko to potwierdziłam więc… Więc jakby… No. Przepraszam, że się tak długo nie odzywałam. To nie jest najlepszy czas dla mnie. Nie tylko ze względu na tę fryzurę czy coś. – Nagle poczuła się taka bardzo, bardzo mała i bardzo, bardzo nieszczęśliwa. – Trzeba iść dalej co? Próbuję być normalna, ale leki nie pomagają mi za bardzo. Pewnie będę iść z tym do Szeptuchy. Mogę… mogę od razu zapytać jak to jest z tymi Twoimi preferencjami. Ona pewnie wie. Ona wie wszystko. – uśmiechnęła się słabowicie i podniosła ku niemu twarz. – Długo Cię nie będzie? – zapytała nagle, nie mogąc sobie przypomnieć gdzie i po co jedzie, ale chciała wiedzieć w jaki dzień, w jaką noc być może jej nogi powinny poczłapać tu, do jednorękiego cukiernika.
– Przywieziesz mi coś? – dodała nieco zaczepniej, choć i tak w tym piecu drwa były raczej wilgotne i syczały parą, zamiast płonąc tak jak Matka przykazała.
Jego śmiech był jednocześnie miły i niemiły i nie potrafiła tego wyjaśnić, ale co najważniejsze - pomagał. Pomagał się ogarnąć, pomagał odejść od stolika, pomagał sarknąć pod nosem cynicznie “tak tak, zakochanie się, to nigdy nikomu nie wyszło na dobre co nie?”. Nie wiedziała za bardzo co ten śmiech oznaczał i jakie słowa za nim stały, bo może gdyby się zaczęła zastanawiać, to ten kołowrotek z chomikiem na sterydach by się jej wyjebał, wyszłaby na boso z piekarni i nigdy nie wróciła. Bo to chyba nie było tak, że Basilius śmiał się z niej? A co jeśli…
Bucky rzucił jej kontrolne spojrzenie, właściwie łypali spode łba przez chwilę na siebie, przy czym Millie wychodziło to lepiej, zwłaszcza teraz, kiedy zostawiła szpilki daleko. Wzięła kawę. Wzięła kolejnego pączka tylko po to, by go skórować z zaschniętego lukru. Wróciła do stolika. Nie podobało jej się, że nie czuje się z nim tak komfortowo jak kiedyś. Nie podobało jej się to, że im więcej słów padało między nimi, takich “na poważnie” tym dziwniej jej było mówić w ogóle.
– Jeśli Cię to pocieszy, to u mnie też jest przejebanie i też za bardzo nie ogarniam tych spraw. Erik powiedział, że powinnam iść do klasztoru i złożyć śluby czystości i wiesz kurwa, chyba to zrobię.– Nie podniosła głowy. Dźwięczny śmiech Liszka odbijał jej się w głowie. Czy byłaby aż tak brzydka jako chłopak? Już kiedyś miała krótkie włosy. Przez bardzo krótką chwilę. – Mój współlokator chyba znalazł znowu kogoś. I… i ten ktoś to ta dziewczyna, z którą spadłam z wieży wiesz. Tamtego wieczoru jak… jak byliśmy na klifach. Wtedy się o tym dowiedziałam. A następnego dnia rano tylko to potwierdziłam więc… Więc jakby… No. Przepraszam, że się tak długo nie odzywałam. To nie jest najlepszy czas dla mnie. Nie tylko ze względu na tę fryzurę czy coś. – Nagle poczuła się taka bardzo, bardzo mała i bardzo, bardzo nieszczęśliwa. – Trzeba iść dalej co? Próbuję być normalna, ale leki nie pomagają mi za bardzo. Pewnie będę iść z tym do Szeptuchy. Mogę… mogę od razu zapytać jak to jest z tymi Twoimi preferencjami. Ona pewnie wie. Ona wie wszystko. – uśmiechnęła się słabowicie i podniosła ku niemu twarz. – Długo Cię nie będzie? – zapytała nagle, nie mogąc sobie przypomnieć gdzie i po co jedzie, ale chciała wiedzieć w jaki dzień, w jaką noc być może jej nogi powinny poczłapać tu, do jednorękiego cukiernika.
– Przywieziesz mi coś? – dodała nieco zaczepniej, choć i tak w tym piecu drwa były raczej wilgotne i syczały parą, zamiast płonąc tak jak Matka przykazała.