04.02.2023, 13:56 ✶
Samo poszerzenie przejść siłą rzeczy nie zajęło wieków – magia miała to do siebie, że znacznie upraszczała i przyspieszała wykonywanie najróżniejszych czynności. I tym samym ktoś, kto zdążył poznać całe mnóstwo korzyści płynących z byciem czarodziejem, raczej nie byłby w stanie wyobrazić siebie jako kogoś bez różdżki na podorędziu. No, chyba że w wersji „hej, popatrz, nie potrzebuję kijka do rzucania zaklęć”!
Upewniła się tak z kilka razy, czy na pewno mają odpowiednią szerokość, minimalizującą ryzyko powstania katastrofalnych w skutkach zatorów, a potem zajęła się stoiskami w pobliżu tychże przejść. Krążąc pomiędzy nimi i oceniając potencjalne ryzyko, zupełnie się nie przejmowała, że jej obecność może wzbudzać strach – właściwie to obecność Brygady oraz aurorów zawsze Mavelle kojarzyła się z poczuciem bezpieczeństwa.
Ktoś czuwał, by inni się nie niepokoili.
Tak że nawet nie przyszło jej do głowy rozpatrywać tego w takich kategoriach, zwłaszcza że – jakkolwiek by nie patrzeć – sabat przyciągał różnych czarodziejów. Jedni byli grzeczni, kręcili się po stoiskach i ładnie świętowali, inni zaś – nie wylewali za kołnierz i potrafili wszczynać burdy. Ewentualnie mieli zbyt lepkie ręce.
Toteż obecność służb mundurowych w oczach Mavelle stanowiła coś tak naturalnego i oczywistego, jak oddychanie.
- Aha – przytaknęła, gdy Brenna powróciła, zwracając się ku kuzynce. Ktoś postronny mógł tego nie zauważyć, ale Bren, znająca ją od zawsze? Mogła bez trudu rozpoznać, iż Bones nie dość, że najlepszego humoru nie ma (co nie dziwiło), to jeszcze ewidentnie coś jej chodziło po głowie.
- Nawet nie musisz o to pytać – uśmiechnęła się blado pod adresem Longbottom. Coś takiego? Oczywiście że poczeka, i to bez mrugnięcia okiem – Kusi mnie zakręcenie się koło ognisk, ale to najwcześniej, jak Rookwood się wyniesie – mruknęła cicho, na granicy słyszalności – Z drugiej strony, Merlin jeden wie, kto tu się tak naprawdę kręci – westchnęła. Z jednej strony – chciała, bardzo. Z drugiej – mogłoby to wzbudzić podejrzenia, choć w teorii pretekst dałoby się znaleźć.
- Swoje skończyłam, rozumiem, że wy również? – poinformowała krótko, obracając głowę w stronę mężczyzn, którzy w międzyczasie zdążyli dołączyć. Zatrzymała na dłużej spojrzenie na Patricku, choć też trudno rozstrzygnąć, czy była to kwestia dość zagadkowego pytania, czy też… w każdym razie, odwzajemniła dość blado uśmiech. I wzięła głębszy oddech.
- Słuchajcie, tak sobie myślę... Na chwilę obecną ma być nas wszystkich o wiele za mało, żeby być w miarę pewnym, że uda się wszystko jakoś utrzymać w ryzach. Tak być nie może – urwała na chwilę, zacisnęła wargi; w postawie kobiety pojawiło się coś, co sugerowało, że nie odpuści, nie ot tak po prostu – Spróbuję załatwić u Caspiana dodatkowe wsparcie, kwestię Rookwooda zresztą też poruszę. Nie liczę na wiele, biorąc pod uwagę, że czasu jest bardzo mało, ale... – no właśnie, „ale”. Próbować warto było, i to nawet nie ze względu na to, iż czekał ich wszystkich bardzo długi patrol. Priorytet stanowiło zapewnienie bezpieczeństwa zwykłym czarodziejom oraz przeszkodzenie Voldemortowi w planach; o samą siebie już się specjalnie nie troszczyła, będąc gotową do pewnych poświęceń. Zresztą, gdyby było inaczej, to nie poszłaby w ślady ojca – … właściwie to sami wiecie, jak jest – zakończyła, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Życie to nie bajka, ludzie mogli – i zapewne byli – rozdysponowani do innych zadań. Część miała po prostu wolne, bo im przecież przysługiwało; roszady na ostatnią chwilę niekoniecznie mogą okazać się możliwe.
Co nie oznaczało, iż miała siedzieć z założonymi rękoma i kłaść uszy po sobie.
Upewniła się tak z kilka razy, czy na pewno mają odpowiednią szerokość, minimalizującą ryzyko powstania katastrofalnych w skutkach zatorów, a potem zajęła się stoiskami w pobliżu tychże przejść. Krążąc pomiędzy nimi i oceniając potencjalne ryzyko, zupełnie się nie przejmowała, że jej obecność może wzbudzać strach – właściwie to obecność Brygady oraz aurorów zawsze Mavelle kojarzyła się z poczuciem bezpieczeństwa.
Ktoś czuwał, by inni się nie niepokoili.
Tak że nawet nie przyszło jej do głowy rozpatrywać tego w takich kategoriach, zwłaszcza że – jakkolwiek by nie patrzeć – sabat przyciągał różnych czarodziejów. Jedni byli grzeczni, kręcili się po stoiskach i ładnie świętowali, inni zaś – nie wylewali za kołnierz i potrafili wszczynać burdy. Ewentualnie mieli zbyt lepkie ręce.
Toteż obecność służb mundurowych w oczach Mavelle stanowiła coś tak naturalnego i oczywistego, jak oddychanie.
- Aha – przytaknęła, gdy Brenna powróciła, zwracając się ku kuzynce. Ktoś postronny mógł tego nie zauważyć, ale Bren, znająca ją od zawsze? Mogła bez trudu rozpoznać, iż Bones nie dość, że najlepszego humoru nie ma (co nie dziwiło), to jeszcze ewidentnie coś jej chodziło po głowie.
- Nawet nie musisz o to pytać – uśmiechnęła się blado pod adresem Longbottom. Coś takiego? Oczywiście że poczeka, i to bez mrugnięcia okiem – Kusi mnie zakręcenie się koło ognisk, ale to najwcześniej, jak Rookwood się wyniesie – mruknęła cicho, na granicy słyszalności – Z drugiej strony, Merlin jeden wie, kto tu się tak naprawdę kręci – westchnęła. Z jednej strony – chciała, bardzo. Z drugiej – mogłoby to wzbudzić podejrzenia, choć w teorii pretekst dałoby się znaleźć.
- Swoje skończyłam, rozumiem, że wy również? – poinformowała krótko, obracając głowę w stronę mężczyzn, którzy w międzyczasie zdążyli dołączyć. Zatrzymała na dłużej spojrzenie na Patricku, choć też trudno rozstrzygnąć, czy była to kwestia dość zagadkowego pytania, czy też… w każdym razie, odwzajemniła dość blado uśmiech. I wzięła głębszy oddech.
- Słuchajcie, tak sobie myślę... Na chwilę obecną ma być nas wszystkich o wiele za mało, żeby być w miarę pewnym, że uda się wszystko jakoś utrzymać w ryzach. Tak być nie może – urwała na chwilę, zacisnęła wargi; w postawie kobiety pojawiło się coś, co sugerowało, że nie odpuści, nie ot tak po prostu – Spróbuję załatwić u Caspiana dodatkowe wsparcie, kwestię Rookwooda zresztą też poruszę. Nie liczę na wiele, biorąc pod uwagę, że czasu jest bardzo mało, ale... – no właśnie, „ale”. Próbować warto było, i to nawet nie ze względu na to, iż czekał ich wszystkich bardzo długi patrol. Priorytet stanowiło zapewnienie bezpieczeństwa zwykłym czarodziejom oraz przeszkodzenie Voldemortowi w planach; o samą siebie już się specjalnie nie troszczyła, będąc gotową do pewnych poświęceń. Zresztą, gdyby było inaczej, to nie poszłaby w ślady ojca – … właściwie to sami wiecie, jak jest – zakończyła, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Życie to nie bajka, ludzie mogli – i zapewne byli – rozdysponowani do innych zadań. Część miała po prostu wolne, bo im przecież przysługiwało; roszady na ostatnią chwilę niekoniecznie mogą okazać się możliwe.
Co nie oznaczało, iż miała siedzieć z założonymi rękoma i kłaść uszy po sobie.
547/992