Zauważona przez Prudence grupa chłopaków faktycznie posiadała charakterystyczną jednostkę bez zasłoniętej twarzy. Był to młody chłopak z blond włosami i bardzo jasną cerą, którą panna Bletchley obadała w każdym, najmniejszym detalu, wraz z tańcem płomieni na delikatnej, pulchnej twarzy. Nie dostrzegła koloru oczu - bo ciemność wieczoru wraz z ogniem buchającym z walących się budynków skutecznie przysłoniły ich naturalny kolor. Ale takie wytężenie zmysłów nie było dla kogoś obarczonego brzemieniem choroby milforda szczególnie lekkie. Dyskomfort, jaki się pojawił, nie równał się szczytowi bólu i dezorientacji, jakiego potrafiłaś doświadczyć, ale zdecydowanie nie były to rzeczy dla ciebie niedostrzegalne, a nasiliły się w jednym, konkretnym momencie - kiedy ten chłopak na ciebie spojrzał. Gdyby nie to, co robił, wyglądałby jak aniołek - z tą kępą blond loczków okalających zaróżowioną twarz - ale on mordował właśnie ludzi i spojrzał na ciebie i to było już zbyt wiele. Chociaż mogłaś zasnąć, jego uśmieszek niejednokrotnie nawiedzi cię w snach. Nie możesz go zapomnieć. Twój chory umysł uwiecznił to jak zdjęcie zapisane w czeluściach paskudnie dokładnej pamięci - będziesz przeżywać tę chwilę do końca życia, zastanawiając się, czy on również cię zapamiętał. Czy to możliwe, że jesteś w niebezpieczeństwie?
Blond włosy. Loki. Długa, czarna szata. Krótka różdżka, niemal całkowicie mieszcząca się w dłoni. Albo trzymał ją dziwnie, chowając jej część w rękawie płaszcza.
Odpis mistrzyni gry uwzględnia zawadę: Choroba genetyczna I. Zostanie to uwzględnione przy punktowaniu sesji. Nie kontynuuję rozgrywki. Jeżeli interwencja mistrza gry koliduje z dalszymi postami fabularnymi, należy nałożyć na nie korekty.