04.02.2023, 03:29 ✶
Gdyby to było takie proste! Spojrzeć tylko na to, co zniknęło i od razu wiedzieć co, kto, jak, dlaczego. W niektórych przypadkach, oczywiście, odpowiedzi nasuwały się same – ale i też splot nici prowadzących do takich, a nie innych wydarzeń, był tkany od jakiegoś czasu i nieszczególnie ukrywany. Bo wystarczyło nadmierne zainteresowanie, próby odkupienia za wszelką cenę, groźby i błagania, żeby mieć wielce uzasadnione podejrzenia co do tożsamości sprawcy.
Tu nie miały nic, co by wskazywało palcem na konkretną osobę i mówiło „o, aresztujcie tego człowieka, brzmi jak winny!”. Dlatego też sieci trzeba było zarzucić szeroko, a potem dopiero skreślać coraz to kolejne nazwiska z długiej listy, dopóki nie zostanie to, którego wykreślić się nie da.
Niemniej nie wyśmiała Shafiqa – nie dawał ku temu powodów, wręcz przeciwnie, widać było, że stara się im pomóc, co nie zawsze – niestety – było takie oczywiste. Skinęła też lekko głową na potwierdzenie, iż w istocie rozumie. No dobrze, może nie do końca, wszak sama dzieci nie miała i nie zanosiło się na to, by mieć miała, ale jeśli się zastanowić – to chyba była w stanie sobie wyobrazić, iż możliwość pracy stawała się ograniczona. Oczywiście zależało to też od jej rodzaju; mimo wszystko, tej kwestii i tak nie było co roztrząsać. Zwłaszcza że najważniejsza zagadka zostawała wciąż nierozwiązana.
Nie podążyła tak od razu za Shafiqem; zresztą dała gestem znać, że potrzebuje jeszcze chwili. Chwili, by ujrzeć efekty zaklęcia Brenny, które przecież mogło dać kolejne wskazówki.
- Może? – odparła równie cicho, przyglądając się nieukształtowanemu do końca pyłowi. Jeszcze chwila, panie Shafiq, cierpliwości, dochodzenia nie można pośpieszać. Ruszyła we wskazaną stronę, dość intensywnie próbując złapać trop. Jeśli zbiegało się to z kierunkiem, w którym podążył przewodnik – tym lepiej. Bo mogła śledzić unoszące się wonie, próbować zapisać je w pamięci, by próbować zwietrzyć je na każdym następnym kroku. Które zanikały? Które nadal trwały? Które zdawały się skręcać tam, gdzie być może wydawałoby się to podejrzane?
Pozostawienie Brenny samej też nie do końca jej pasowało. Raz, że nie miała pewności, czy nie odpali się jakieś zaklęcie, dwa, sam rytuał wcale nie musiał pójść gładko. Niemniej, podążyła za panem domu.
- Mogę? – spytała, wyciągając dłoń w stronę kluczy – Zaraz oddam – zapewniła z lekkim uśmiechem na wargach; mającym w teorii dodać otuchy. Jeśli się zgodził, jeśli je przekazał – nie miała oporów przed przysunięciem ich dość blisko twarzy. Starała się wyglądać na kogoś, kto po prostu uważnie im się przygląda, szukając jakiegokolwiek śladu fałszu bądź czegoś podobnego, w istocie? Starała się porównać wonie z pomieszczenia, z trasy być-może-oklumenty oraz te wyczuwalne na kawałkach metalu. Czy któreś się powtarzały, nie licząc zapachu samego Shafiqa? I co najmniej jeszcze jednej woni, która powinna przynależeć do pani Malkin. Ale może jeszcze coś więcej…?
- Przede wszystkim, jeśli to nie problem, chciałabym zacząć od osoby, która zwykle czyści gabloty. A także tej, która ma dostęp do gabinetu – poprosiła mężczyznę dość łagodnym tonem. Plan był dość prosty – zadać parę pytań (głównie z gatunku „gdzie byłeś o tej porze, co robiłeś, czy nie zauważyłeś czegoś dziwnego przy wykonywaniu swoich obowiązków” plus ewentualne drążenie tematu) i… obwąchać, oczywiście. Bo może te wonie jakoś łączyły się z tymi, które dało się wyczuć na wskazanej przez Brennę trasie.
O ile w istocie coś dało się tam wyłowić.
Tu nie miały nic, co by wskazywało palcem na konkretną osobę i mówiło „o, aresztujcie tego człowieka, brzmi jak winny!”. Dlatego też sieci trzeba było zarzucić szeroko, a potem dopiero skreślać coraz to kolejne nazwiska z długiej listy, dopóki nie zostanie to, którego wykreślić się nie da.
Niemniej nie wyśmiała Shafiqa – nie dawał ku temu powodów, wręcz przeciwnie, widać było, że stara się im pomóc, co nie zawsze – niestety – było takie oczywiste. Skinęła też lekko głową na potwierdzenie, iż w istocie rozumie. No dobrze, może nie do końca, wszak sama dzieci nie miała i nie zanosiło się na to, by mieć miała, ale jeśli się zastanowić – to chyba była w stanie sobie wyobrazić, iż możliwość pracy stawała się ograniczona. Oczywiście zależało to też od jej rodzaju; mimo wszystko, tej kwestii i tak nie było co roztrząsać. Zwłaszcza że najważniejsza zagadka zostawała wciąż nierozwiązana.
Nie podążyła tak od razu za Shafiqem; zresztą dała gestem znać, że potrzebuje jeszcze chwili. Chwili, by ujrzeć efekty zaklęcia Brenny, które przecież mogło dać kolejne wskazówki.
- Może? – odparła równie cicho, przyglądając się nieukształtowanemu do końca pyłowi. Jeszcze chwila, panie Shafiq, cierpliwości, dochodzenia nie można pośpieszać. Ruszyła we wskazaną stronę, dość intensywnie próbując złapać trop. Jeśli zbiegało się to z kierunkiem, w którym podążył przewodnik – tym lepiej. Bo mogła śledzić unoszące się wonie, próbować zapisać je w pamięci, by próbować zwietrzyć je na każdym następnym kroku. Które zanikały? Które nadal trwały? Które zdawały się skręcać tam, gdzie być może wydawałoby się to podejrzane?
Pozostawienie Brenny samej też nie do końca jej pasowało. Raz, że nie miała pewności, czy nie odpali się jakieś zaklęcie, dwa, sam rytuał wcale nie musiał pójść gładko. Niemniej, podążyła za panem domu.
- Mogę? – spytała, wyciągając dłoń w stronę kluczy – Zaraz oddam – zapewniła z lekkim uśmiechem na wargach; mającym w teorii dodać otuchy. Jeśli się zgodził, jeśli je przekazał – nie miała oporów przed przysunięciem ich dość blisko twarzy. Starała się wyglądać na kogoś, kto po prostu uważnie im się przygląda, szukając jakiegokolwiek śladu fałszu bądź czegoś podobnego, w istocie? Starała się porównać wonie z pomieszczenia, z trasy być-może-oklumenty oraz te wyczuwalne na kawałkach metalu. Czy któreś się powtarzały, nie licząc zapachu samego Shafiqa? I co najmniej jeszcze jednej woni, która powinna przynależeć do pani Malkin. Ale może jeszcze coś więcej…?
- Przede wszystkim, jeśli to nie problem, chciałabym zacząć od osoby, która zwykle czyści gabloty. A także tej, która ma dostęp do gabinetu – poprosiła mężczyznę dość łagodnym tonem. Plan był dość prosty – zadać parę pytań (głównie z gatunku „gdzie byłeś o tej porze, co robiłeś, czy nie zauważyłeś czegoś dziwnego przy wykonywaniu swoich obowiązków” plus ewentualne drążenie tematu) i… obwąchać, oczywiście. Bo może te wonie jakoś łączyły się z tymi, które dało się wyczuć na wskazanej przez Brennę trasie.
O ile w istocie coś dało się tam wyłowić.
534/1531