04.02.2023, 13:56 ✶
- Myślę, że jest to coś, nad czym zastanawiają się teraz Brygadziści – odparła Florence, bo sama faktycznie nawet nie próbowała dywagować na temat powodów. Ostatecznie, to nie była jej sprawa i za mało wiedziała, więc w tej kwestii podchodziła do tego podobnie do Williama. Chociaż w innych miewała skłonności do nieco nadmiernej pewności i pewnie w dziedzinie łamania klątw byłaby skłonna oświadczyć „tak, doskonale się na tym znam”.
Pośród grzechów głównych pycha zdecydowanie była jej najbliższym.
- Dobrze to ująłeś. Mogłabym wybaczyć mu, że jest mało instynktowny, ale już nie ten brak logiki. Mam wrażenie, że ludzie tworzący ten język skupiali się głównie na tym, żeby jak najładniej brzmiał, a nie służył do przekazywania komunikatów – stwierdziła Florence, beztrosko ignorując choćby fakt, że właściwie ilość akcentów i gwar sprawiała, że czasem ktoś z jednej części Anglii za nic nie mógł zrozumieć kogoś z innej. Co poradzić – miała osobisty uraz do języka francuskiego, ponieważ nie zdołała go opanować.
Sięgnęła po przyniesiony kieliszek, by upić łyk wina. Nie była specjalnym znawcą, mogła jednak ocenić je jako „dobre”. Czasem podejrzewała, że ilość kawy, wypijanej przez i po dyżurach, upośledziła jej na dobre zmysł smaku.
- Pozostaje więc pewnie faktycznie jakaś współpraca z kimś z zewnątrz – podsumowała jego wywód, bo może i był chaotyczny, ale wyłonienie z niego rdzenia czyli „asystent to obcy człowiek w domu i to może być kłopotliwe” nie okazało się specjalnie problematyczne. I nawet mogła to zrozumieć, bo prawdopodobnie gdyby przyszło jej zatrudnić sprzątaczkę, potem irytowałaby się, że nic nie jest zrobione należycie. – Wiesz, w przypadku skrzatów, musiałbyś najpierw przekonać nie innych czarodziejów, ale je, że nie istnieją, żeby służyć. Podejrzewam, że większość byłaby oburzona. One chyba są nieszczęśliwe, jeżeli nie mają panów?
Florence nigdy nie poświęcała skrzatom wiele myśli. Na pewno nie chciałaby, żeby jakikolwiek przytrzaskiwał sobie uszy za pomocą drzwiczek piekarnika z jej powodu, ale nie wpadłaby też na to, aby walczyć o ich prawa. Jeśli zastanowiłaby się nad tym głębiej, mogłaby nawet uznać ideę ich uprawnienia za nieco przerażającą, bo zasadniczo większość skrzatów była potężniejsza niż czarodzieje.
Ich ograniczenie stanowiła zwykle sama magia, wiążąca posłuszeństwem i sprawiająca, że same pragnęły pracować.
W tej chwili jednak jeszcze nie doszła do takich wniosków – pomyślała tylko, że pomijając sprzeciw czystokrwistych wobec idei Williama, największymi opozycjonistami wobec takiego stwierdzenia byłyby same skrzaty.
Kelner pojawił się znowu, tym razem przynosząc zamówiony posiłek. Sałatka Florence wyglądała całkiem apetycznie i zawierała między innymi jarmuż oraz brukselki. Bulstrode sięgnęła po widelec, ale zanim nabrała warzyw, zmarszczyła czoło, tknięta nagłą myślą: gdy William przyszedł, kończyła porządkować rzeczy w swojej torebce…
…zaraz, czy czegoś tam nie brakowało…
Pośród grzechów głównych pycha zdecydowanie była jej najbliższym.
- Dobrze to ująłeś. Mogłabym wybaczyć mu, że jest mało instynktowny, ale już nie ten brak logiki. Mam wrażenie, że ludzie tworzący ten język skupiali się głównie na tym, żeby jak najładniej brzmiał, a nie służył do przekazywania komunikatów – stwierdziła Florence, beztrosko ignorując choćby fakt, że właściwie ilość akcentów i gwar sprawiała, że czasem ktoś z jednej części Anglii za nic nie mógł zrozumieć kogoś z innej. Co poradzić – miała osobisty uraz do języka francuskiego, ponieważ nie zdołała go opanować.
Sięgnęła po przyniesiony kieliszek, by upić łyk wina. Nie była specjalnym znawcą, mogła jednak ocenić je jako „dobre”. Czasem podejrzewała, że ilość kawy, wypijanej przez i po dyżurach, upośledziła jej na dobre zmysł smaku.
- Pozostaje więc pewnie faktycznie jakaś współpraca z kimś z zewnątrz – podsumowała jego wywód, bo może i był chaotyczny, ale wyłonienie z niego rdzenia czyli „asystent to obcy człowiek w domu i to może być kłopotliwe” nie okazało się specjalnie problematyczne. I nawet mogła to zrozumieć, bo prawdopodobnie gdyby przyszło jej zatrudnić sprzątaczkę, potem irytowałaby się, że nic nie jest zrobione należycie. – Wiesz, w przypadku skrzatów, musiałbyś najpierw przekonać nie innych czarodziejów, ale je, że nie istnieją, żeby służyć. Podejrzewam, że większość byłaby oburzona. One chyba są nieszczęśliwe, jeżeli nie mają panów?
Florence nigdy nie poświęcała skrzatom wiele myśli. Na pewno nie chciałaby, żeby jakikolwiek przytrzaskiwał sobie uszy za pomocą drzwiczek piekarnika z jej powodu, ale nie wpadłaby też na to, aby walczyć o ich prawa. Jeśli zastanowiłaby się nad tym głębiej, mogłaby nawet uznać ideę ich uprawnienia za nieco przerażającą, bo zasadniczo większość skrzatów była potężniejsza niż czarodzieje.
Ich ograniczenie stanowiła zwykle sama magia, wiążąca posłuszeństwem i sprawiająca, że same pragnęły pracować.
W tej chwili jednak jeszcze nie doszła do takich wniosków – pomyślała tylko, że pomijając sprzeciw czystokrwistych wobec idei Williama, największymi opozycjonistami wobec takiego stwierdzenia byłyby same skrzaty.
Kelner pojawił się znowu, tym razem przynosząc zamówiony posiłek. Sałatka Florence wyglądała całkiem apetycznie i zawierała między innymi jarmuż oraz brukselki. Bulstrode sięgnęła po widelec, ale zanim nabrała warzyw, zmarszczyła czoło, tknięta nagłą myślą: gdy William przyszedł, kończyła porządkować rzeczy w swojej torebce…
…zaraz, czy czegoś tam nie brakowało…