01.04.2025, 08:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2025, 08:47 przez Charlotte Kelly.)
Gdy popiół zaczął sypać się z nieba, Charlotte kończyła badania pewnego artefaktu, a gdy na górnych piętrach wybuchała panika, wręczała jednemu z pracowników raport, rozmyślając z rozmarzeniem o morderstwach i śmierci w ogólności. Zanim w ogóle dowiedziała się więc, co się dzieje, na korytarzach panował już chaos, wysyłano wiadomości do pracowników przebywających poza gmachem Ministerstwa, a część ludzi zdążyła teleportować się z atrium i punktów szybkiego reagowania. Czy to ruszając, by sprawdzić, co dzieje się z ich rodzinami, czy ruszając do walki z płomieniami.
Mimo to do atrium Charlotte dotarła szybko. Nie przeszkodziły jej nawet obcasy – kilkadziesiąt lat doświadczenia w poruszaniu się na takich oraz przerażenie na myśl o tym, że dzieci są gdzieś na zewnątrz, sprawiły, że biegła po schodach z prędkością, jakiej mogliby jej pozazdrościć najsprawniejsi zawodnicy quidditcha.
Inna sprawa, że nie była sprawnym zawodnikiem quidditcha, dlatego gdy dopadła grupy gotowej do teleportacji, była rozczochrana i zadyszana. W jednym ręku ściskała wiadomość od Shafiqa, z ramienia drugiej ręki zwisała jej torebka.
– Po… potrzymaj – wydyszała, wpychając Jonathanowi w ramiona torebkę (tak ciężką, jakby Charlie upchnęła tam kamienie). Liścik upuściła i zaczęła pośpiesznie w niej grzebać, by mieć obie dłonie wolne. Nie przywitała się nawet: szkoda czasu, szkoda oddechu. Na podłodze lądowały kolejne rzeczy, inne migały, gdy grzebała w torebce, będącej jedną z tych specjalnych, kobiecych torebek, których zawartość zdawała się według wszelkich praw fizyki niemożliwa do zmieszczenia.
Szminka, perfumy, coś wyglądającego jak ostre narzędzie do dźgania, chusteczki, skalpel – nie pytajcie, po co Charlie potrzebny skalpel, i tak by nie odpowiedziała, główka czosnku, fiolka wypełniona podejrzaną, ciemną substancją, woreczek, z którego na podłogę wysypała się ziemia (albo prochy, kto tam wie?), bardzo stary i podejrzanie wyglądający amulet (miała przyzwać ducha właściciela), i wreszcie fiolki, i więcej fiolek…
– To nie, to nie, i to nie… są. Przeciwogniowe. Na wypadek, gdybyście zrobili coś głupiego i wpadli w ogień. Rita, skarbie, pilnuj wujka – wyrzuciła z siebie, zgarniając torebkę jedną ręką i na drugiej wyciągając trzy porcje eliksiru ku Anthonyemu i Jonathanowi, by mogli je zabrać. – Sprawdzę Gringotta. Jakiś pomysł, gdzie szukać Morpheusa?
Jego wizja była z gatunku tych mrocznych, a Charlotte bardzo nie chciała, by Longbottom zamienił się w kupkę popiołów.
Oddaję Anthonyemu i Jonathanowi 3 eliksiry przeciwogniowe, które posiadam mechanicznie z Lammas - Charlie nie płonie, Rita też nie, oni tak
Mimo to do atrium Charlotte dotarła szybko. Nie przeszkodziły jej nawet obcasy – kilkadziesiąt lat doświadczenia w poruszaniu się na takich oraz przerażenie na myśl o tym, że dzieci są gdzieś na zewnątrz, sprawiły, że biegła po schodach z prędkością, jakiej mogliby jej pozazdrościć najsprawniejsi zawodnicy quidditcha.
Inna sprawa, że nie była sprawnym zawodnikiem quidditcha, dlatego gdy dopadła grupy gotowej do teleportacji, była rozczochrana i zadyszana. W jednym ręku ściskała wiadomość od Shafiqa, z ramienia drugiej ręki zwisała jej torebka.
– Po… potrzymaj – wydyszała, wpychając Jonathanowi w ramiona torebkę (tak ciężką, jakby Charlie upchnęła tam kamienie). Liścik upuściła i zaczęła pośpiesznie w niej grzebać, by mieć obie dłonie wolne. Nie przywitała się nawet: szkoda czasu, szkoda oddechu. Na podłodze lądowały kolejne rzeczy, inne migały, gdy grzebała w torebce, będącej jedną z tych specjalnych, kobiecych torebek, których zawartość zdawała się według wszelkich praw fizyki niemożliwa do zmieszczenia.
Szminka, perfumy, coś wyglądającego jak ostre narzędzie do dźgania, chusteczki, skalpel – nie pytajcie, po co Charlie potrzebny skalpel, i tak by nie odpowiedziała, główka czosnku, fiolka wypełniona podejrzaną, ciemną substancją, woreczek, z którego na podłogę wysypała się ziemia (albo prochy, kto tam wie?), bardzo stary i podejrzanie wyglądający amulet (miała przyzwać ducha właściciela), i wreszcie fiolki, i więcej fiolek…
– To nie, to nie, i to nie… są. Przeciwogniowe. Na wypadek, gdybyście zrobili coś głupiego i wpadli w ogień. Rita, skarbie, pilnuj wujka – wyrzuciła z siebie, zgarniając torebkę jedną ręką i na drugiej wyciągając trzy porcje eliksiru ku Anthonyemu i Jonathanowi, by mogli je zabrać. – Sprawdzę Gringotta. Jakiś pomysł, gdzie szukać Morpheusa?
Jego wizja była z gatunku tych mrocznych, a Charlotte bardzo nie chciała, by Longbottom zamienił się w kupkę popiołów.
Oddaję Anthonyemu i Jonathanowi 3 eliksiry przeciwogniowe, które posiadam mechanicznie z Lammas - Charlie nie płonie, Rita też nie, oni tak