01.04.2025, 13:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:13 przez Lorraine Malfoy.)
– Odpowiedziałam na pierwsze z twoich pytań – odparła spokojnie Lorraine.
Tak jak buntowała się przeciwko władzy jednego ojca, buntowała się przeciwko władzy drugiego: oboje nie cierpieli jej buntu, ale nie kochaliby jej, gdyby nie jej bunt.
Dla Armanda jej bunt był dowodem na to, jak doskonałym jest twórcą. Bo Lorraine była jego najdoskonalszym dziełem – dziełem, które powołał do życia, sycąc je własną krwią – tworem jego ciała i intelektu, biegłym w języku symboli – ukształtowanym tak manipulacją, jak i miłością. Dziełem absolutnym, które dawno temu zaczęło żyć własnym życiem, stając się odrębnym bytem, choć stworzonym przecież na jego obraz i podobieństwo. Wolna wola Lorraine była zarówno jego triumfem, jak i jego klęską. Artysta nie może kontrolować swojego dzieła, jeśli chce, by było arcydziełem. Najdoskonalsze dzieło musi się zbuntować. Zyskać własną wolę – własny oddech – własny głos. Arcydzieło musi stać się czymś, nie, kimś większym od artysty, aby być arcydziełem, i aby artysta, który je stworzył, mógł nazywać się bogiem.
Dla Anthony'ego jej bunt był równie trudny do zaakceptowania, choć stanowił logiczną konsekwencję wychowania, jakie jej zapewnił, pozostając produktem idei, którymi karmił umysł idei spragniony. Była mu uczennicą, towarzyszką i córką, hołubioną książkami, zabieraną na odległe podróże, rozpieszczaną mądrościami, których mógł zaoferować tak wiele. Mozolnie pomagał kształtować jej charakter, poddawał próbom, ale i wspierał rozwój, zawsze podkreślając wagę jej niezależności, ignorując zewnętrzne piękno na rzecz tego, które kryło się w jej wnętrzu. Tak jak Armand dał jej życie, tak Anthony przywrócił ją do życia, ale wciąż, to było jej życie. Odkąd odmówiła złożenia go w jego ręce, każdy jej ruch, każda nuta, jaką wygrywała na rozstrojonym pianinie w otchłaniach podziemnych ścieżek była aktem autonomii, której Anthony pragnął dla swej wychowanki, i której nie potrafił zaakceptować. Mógłby znaleźć innych sojuszników. Takich, których łatwiej byłoby mu kontrolować. Takich, których nie obchodziłoby, czy kłamie, czy mówi prawdę, dopóki mówi językiem pieniądza. A jednak, trwał przy niej.
A ona trwała przy nim.
– Zawsze stałam po twojej stronie. Stoję po twojej stronie. Ale dotąd to zawsze byliśmy ty i ja. Dlatego to, kim mogłabym być dla twojego stowarzyszenia, pozostaje w ścisłym związku z tym, kim jestem dla ciebie. Bo teraz nie ma tylko mnie, i tylko ciebie. W tym rodzącym się do życia stowarzyszeniu są też inni – wyjaśniła. – To, jak ja siebie widzę, i to, jak ja chciałbym kształtować swoją pozycję, pozostaje więc rzeczą drugorzędną wobec tego, jak inni członkowie stowarzyszenia będą mnie widzieć, i jakie pozycje będą zajmować. Myślisz o zbieżności ich celu, ja myślę o tym, jak zamierzają ten cel osiągnąć, jakich środków użyją, by po niego sięgnąć. Mówię o rzeczach przyziemnych, bo ty mówisz o ideach, a nie wszyscy są idealistami, Anthony. Ty możesz sobie pozwolić na bycie idealistą, ale ja muszę twardo stąpać po ziemi. Nie potrafię powiedzieć, w jaki sposób zakończyć ten konflikt. Nie posiadam majątku, którym mogłabym wesprzeć wasze działania. Nie mam ani przeszkolenia bojowego, ani zdolności przywódczych. Mam tylko legilimencję... Ale nie wiem, czy mogę ją zaoferować, bo nie wiem, kogo zaprosiłeś do swego... – zawahała się – ...syndykatu. Nie wiem, czy mogę zaoferować usługi mojej siatki informacyjnej. Nie wiem, na co mogę sobie pozwolić, bo nie wiem, kim są inni. Nie wątpię, że wielu masz wokół siebie ludzi przyzyczajonych do balansowania na granicy legalności i do moralnej ambiwalencji. Wątpię jednak, by łatwo przełknęli legilimencję. Wątpię, by narażali się tak, jak ja będę się narażać. Ja narżałabym wszystko. Wy macie swych prawników, którzy obronią was przed Wizengamotem, rodziny, które obronią was przed wykluczeniem, publiczne stanowiska, które obronią was przed pohańbieniem, pieniądze, które obronią was przed całą resztą. Ja nie mam nic. Mam tylko ciebie, choć... Nie wiem, czy cię mam. Mam?
Westchnęła, zmęczonym gestem odgarnąwszy opadające na twarz włosy. Lorraine była zmęczona. Tak bardzo zmęczona.
Nie chcę się z tobą kłócić, Anthony. Nie chcę ci nic wmawiać. Nigdy nie chciałam ci nic wmawiać. – Bolesne oskarżenia padały z dwóch stron. – Więc i ty nie wmawiaj mi, że twój świat, świat wielkiej polityki, wspierający się na kolumnadzie koneksji, świat twoich wysoko postawionych, sytuowanych przyjaciół, przyjąłby mnie w poczet swego panteonu, tylko z racji mojego arystokratycznego pochodzenia i wychowania, jakie otrzymałam. Z racji moich talentów, nieważne jak wyjątkowych.
To właśnie próbowałam ci przekazać, przywołując pamięć Snu Letniej Nocy. Wszyscy żyli w tym śnie, ale mój sen zmienił się w koszmar. Koszmar, w którym wszystko to, czego dotykałam, nosiło w oczach ludzi wokół piętno śmierci i zepsucia. Odsuwali się ode mnie, jak gdyby czuli mdły zapach wiązanki pogrzebowej. Przebudziłam się, i zrozumiałam, że jawa niczym nie różni się od snu. Słyszałeś, co o mnie mówili na Muzie. To samo będą mówić na spotkaniach twojego stowarzyszenia. Przez wzgląd na moją pozycję i status majątkowy – na to, gdzie mieszkam, czym się zajmuję, a nawet na to, czyje towarzystwo wybieram – wszystko to, co czego dokonam, zawsze będzie dla nich niewystarczające. Wszystko to, co powiem, będzie w ich uszach rozbrzmiewać echem Nokturnu. W moim akcencie doszukiwać będą się ulicznych naleciałości, a w postawie niechlujstwa. Będą wzdragać się z obrzydzeniem na myśl o uściśnięciu mojej dłoni. Dłoni, która dotykała ciał trupów. Dłoni liczącej miedziaki wygrzebane z dna sakiewki. Dłoni skażonej szlamem ścieżek. Nieważne, co zrobię, członkowie twojego stowarzyszenia nigdy nie zobaczą we mnie kogoś równego sobie. Nierówność jest jak cień, zawsze obecna, nawet w najbardziej oświeconych miejscach. Na Nokturn może i nie dociera wiele światła, ale w jego ciemności wszyscy możemy poczuć się równi.
Tak jak Anthony, Lorraine chciała ochronić swoich bliskich, ale jej bliscy... Jej bliscy nie byli jego bliskimi. Trwała w rozdarciu między nimi, tak jak trwała w rozdarciu między dwoma światami, tym na powierzchni, i tym pod powierzchnią, nie należąc w pełni ani do jednego, ani do drugiego. Nachyliła się bliżej Anthony'ego, nie zwracając uwagi na ból, jaki rozlał się wówczas w jej barku.
– Chcę ochronić ludzi, których kocham, przed wojną. Ale kto ochroni mnie? – spytała. – Przecież nie proszę, abyś chronił mnie przed wpływami sił ciemności. Nie proszę, abyś czuwał pod moimi drzwiami. Nie proszę, i nigdy nie prosiłam, bo nie chciałam być ci ciężarem. Prosiłam tylko, abyś ochronił mnie przed kpiącymi uśmiechami tych, których chcesz wpuścić do swego stowarzyszenia. – Opadła z powrotem na oparcie krzesła, nie mogąc dłużej znieść tępego pobolewania. Usta zacisnęła w wąską kreskę. – Być może poprosiłam o zbyt wiele.
Czym różnił się Armand Malfoy od Anthony'ego Shafiqa? Czym Lorraine Malfoy różniła się od nich obojga? Nie wiedziała. Wiedziała tylko, co ich łączy: wszyscy nienawidzili, gdy ktoś się z nich śmiał.
Tak jak buntowała się przeciwko władzy jednego ojca, buntowała się przeciwko władzy drugiego: oboje nie cierpieli jej buntu, ale nie kochaliby jej, gdyby nie jej bunt.
Dla Armanda jej bunt był dowodem na to, jak doskonałym jest twórcą. Bo Lorraine była jego najdoskonalszym dziełem – dziełem, które powołał do życia, sycąc je własną krwią – tworem jego ciała i intelektu, biegłym w języku symboli – ukształtowanym tak manipulacją, jak i miłością. Dziełem absolutnym, które dawno temu zaczęło żyć własnym życiem, stając się odrębnym bytem, choć stworzonym przecież na jego obraz i podobieństwo. Wolna wola Lorraine była zarówno jego triumfem, jak i jego klęską. Artysta nie może kontrolować swojego dzieła, jeśli chce, by było arcydziełem. Najdoskonalsze dzieło musi się zbuntować. Zyskać własną wolę – własny oddech – własny głos. Arcydzieło musi stać się czymś, nie, kimś większym od artysty, aby być arcydziełem, i aby artysta, który je stworzył, mógł nazywać się bogiem.
Dla Anthony'ego jej bunt był równie trudny do zaakceptowania, choć stanowił logiczną konsekwencję wychowania, jakie jej zapewnił, pozostając produktem idei, którymi karmił umysł idei spragniony. Była mu uczennicą, towarzyszką i córką, hołubioną książkami, zabieraną na odległe podróże, rozpieszczaną mądrościami, których mógł zaoferować tak wiele. Mozolnie pomagał kształtować jej charakter, poddawał próbom, ale i wspierał rozwój, zawsze podkreślając wagę jej niezależności, ignorując zewnętrzne piękno na rzecz tego, które kryło się w jej wnętrzu. Tak jak Armand dał jej życie, tak Anthony przywrócił ją do życia, ale wciąż, to było jej życie. Odkąd odmówiła złożenia go w jego ręce, każdy jej ruch, każda nuta, jaką wygrywała na rozstrojonym pianinie w otchłaniach podziemnych ścieżek była aktem autonomii, której Anthony pragnął dla swej wychowanki, i której nie potrafił zaakceptować. Mógłby znaleźć innych sojuszników. Takich, których łatwiej byłoby mu kontrolować. Takich, których nie obchodziłoby, czy kłamie, czy mówi prawdę, dopóki mówi językiem pieniądza. A jednak, trwał przy niej.
A ona trwała przy nim.
– Zawsze stałam po twojej stronie. Stoję po twojej stronie. Ale dotąd to zawsze byliśmy ty i ja. Dlatego to, kim mogłabym być dla twojego stowarzyszenia, pozostaje w ścisłym związku z tym, kim jestem dla ciebie. Bo teraz nie ma tylko mnie, i tylko ciebie. W tym rodzącym się do życia stowarzyszeniu są też inni – wyjaśniła. – To, jak ja siebie widzę, i to, jak ja chciałbym kształtować swoją pozycję, pozostaje więc rzeczą drugorzędną wobec tego, jak inni członkowie stowarzyszenia będą mnie widzieć, i jakie pozycje będą zajmować. Myślisz o zbieżności ich celu, ja myślę o tym, jak zamierzają ten cel osiągnąć, jakich środków użyją, by po niego sięgnąć. Mówię o rzeczach przyziemnych, bo ty mówisz o ideach, a nie wszyscy są idealistami, Anthony. Ty możesz sobie pozwolić na bycie idealistą, ale ja muszę twardo stąpać po ziemi. Nie potrafię powiedzieć, w jaki sposób zakończyć ten konflikt. Nie posiadam majątku, którym mogłabym wesprzeć wasze działania. Nie mam ani przeszkolenia bojowego, ani zdolności przywódczych. Mam tylko legilimencję... Ale nie wiem, czy mogę ją zaoferować, bo nie wiem, kogo zaprosiłeś do swego... – zawahała się – ...syndykatu. Nie wiem, czy mogę zaoferować usługi mojej siatki informacyjnej. Nie wiem, na co mogę sobie pozwolić, bo nie wiem, kim są inni. Nie wątpię, że wielu masz wokół siebie ludzi przyzyczajonych do balansowania na granicy legalności i do moralnej ambiwalencji. Wątpię jednak, by łatwo przełknęli legilimencję. Wątpię, by narażali się tak, jak ja będę się narażać. Ja narżałabym wszystko. Wy macie swych prawników, którzy obronią was przed Wizengamotem, rodziny, które obronią was przed wykluczeniem, publiczne stanowiska, które obronią was przed pohańbieniem, pieniądze, które obronią was przed całą resztą. Ja nie mam nic. Mam tylko ciebie, choć... Nie wiem, czy cię mam. Mam?
Westchnęła, zmęczonym gestem odgarnąwszy opadające na twarz włosy. Lorraine była zmęczona. Tak bardzo zmęczona.
Nie chcę się z tobą kłócić, Anthony. Nie chcę ci nic wmawiać. Nigdy nie chciałam ci nic wmawiać. – Bolesne oskarżenia padały z dwóch stron. – Więc i ty nie wmawiaj mi, że twój świat, świat wielkiej polityki, wspierający się na kolumnadzie koneksji, świat twoich wysoko postawionych, sytuowanych przyjaciół, przyjąłby mnie w poczet swego panteonu, tylko z racji mojego arystokratycznego pochodzenia i wychowania, jakie otrzymałam. Z racji moich talentów, nieważne jak wyjątkowych.
To właśnie próbowałam ci przekazać, przywołując pamięć Snu Letniej Nocy. Wszyscy żyli w tym śnie, ale mój sen zmienił się w koszmar. Koszmar, w którym wszystko to, czego dotykałam, nosiło w oczach ludzi wokół piętno śmierci i zepsucia. Odsuwali się ode mnie, jak gdyby czuli mdły zapach wiązanki pogrzebowej. Przebudziłam się, i zrozumiałam, że jawa niczym nie różni się od snu. Słyszałeś, co o mnie mówili na Muzie. To samo będą mówić na spotkaniach twojego stowarzyszenia. Przez wzgląd na moją pozycję i status majątkowy – na to, gdzie mieszkam, czym się zajmuję, a nawet na to, czyje towarzystwo wybieram – wszystko to, co czego dokonam, zawsze będzie dla nich niewystarczające. Wszystko to, co powiem, będzie w ich uszach rozbrzmiewać echem Nokturnu. W moim akcencie doszukiwać będą się ulicznych naleciałości, a w postawie niechlujstwa. Będą wzdragać się z obrzydzeniem na myśl o uściśnięciu mojej dłoni. Dłoni, która dotykała ciał trupów. Dłoni liczącej miedziaki wygrzebane z dna sakiewki. Dłoni skażonej szlamem ścieżek. Nieważne, co zrobię, członkowie twojego stowarzyszenia nigdy nie zobaczą we mnie kogoś równego sobie. Nierówność jest jak cień, zawsze obecna, nawet w najbardziej oświeconych miejscach. Na Nokturn może i nie dociera wiele światła, ale w jego ciemności wszyscy możemy poczuć się równi.
Tak jak Anthony, Lorraine chciała ochronić swoich bliskich, ale jej bliscy... Jej bliscy nie byli jego bliskimi. Trwała w rozdarciu między nimi, tak jak trwała w rozdarciu między dwoma światami, tym na powierzchni, i tym pod powierzchnią, nie należąc w pełni ani do jednego, ani do drugiego. Nachyliła się bliżej Anthony'ego, nie zwracając uwagi na ból, jaki rozlał się wówczas w jej barku.
– Chcę ochronić ludzi, których kocham, przed wojną. Ale kto ochroni mnie? – spytała. – Przecież nie proszę, abyś chronił mnie przed wpływami sił ciemności. Nie proszę, abyś czuwał pod moimi drzwiami. Nie proszę, i nigdy nie prosiłam, bo nie chciałam być ci ciężarem. Prosiłam tylko, abyś ochronił mnie przed kpiącymi uśmiechami tych, których chcesz wpuścić do swego stowarzyszenia. – Opadła z powrotem na oparcie krzesła, nie mogąc dłużej znieść tępego pobolewania. Usta zacisnęła w wąską kreskę. – Być może poprosiłam o zbyt wiele.
Czym różnił się Armand Malfoy od Anthony'ego Shafiqa? Czym Lorraine Malfoy różniła się od nich obojga? Nie wiedziała. Wiedziała tylko, co ich łączy: wszyscy nienawidzili, gdy ktoś się z nich śmiał.