01.04.2025, 14:48 ✶
Charles nie widział wybitych szyb jako dywersji, a jedynie jako niedogodność, za którą musiał zapłacić z własnej kieszeni. Nie widział innej możliwości, gdy to on zajmował lokum i miał o nie dbać.
- Bo zaufałeś mi, przyjmując do mieszkania, a ja nie jestem w stanie dopilnować, żeby w porę wystawiono okna. - Zmartwił się, tłumacząc swoje przeprosiny. Nadąsał się odrobinę, ale tylko na moment. - Zabezpieczyłem je jak potrafiłem, więc nie napada do środka... Ale wieje. Wiesz, nie miałem pojęcia, że to może uderzyć też we mnie. Ale nie martw się, nie narzekam. Wiem, że to konieczne. - Wzruszył lekko ramionami. Nie zamierzał płakać Rolphowi, bo nie miał gdzie się podziać. W tej sytuacji, musiał przecierpieć, a i zaczął się już przyzwyczajać, że w Londynie co chwilę traci mieszkanie. Nie zamierzał bynajmniej wracać do ojca! - I tak całe dnie spędzam w pracy. Sam nie wiem, ile listów z odwołaniem wizyty dzisiaj wysłałem... I mamy braki w sowach. To też nasza wina.
Kiedy Rodolphus pojawił się obok niego, nie zamierzał tracić ani chwili. Zbliżył się, chyba tylko ostatkami siły woli powstrzymując się przed ostatecznym zmniejszeniem dystansu i wpakowaniem Lestrange'owi na kolana. Zadowolił się objęciem go, ułożeniem dłoni na jego klatce piersiowej, wciśnięciem twarzy w zagięcie szyi, gdzie złożył długi, ale delikatny pocałunek. Nie zależało mu na zostawianiu śladów, które z początku czerwone, szybko stają się sine i doświadczają światu, że pan Lestrange miał intymną przygodę.
- Masz tu brokat. - Zauważył lekko, niemal dowcipnie, zgarniając drobinkę z obojczyka Rodolphusa. - Mhm, ciocia Lorien bardzo szybko doszła do siebie po stracie wuja. - Dodał, nie porzucając tematu, ale i nie nawiązując bezpośrednio do swojego urazu. - Takie incydenty... Może odwracają jej uwagę od tego, co ważne. Nie to, żeby kradnięcie banku nie było ważne. Nic dziwnego, że zajmuje się pracą i rozdawaniem złośliwych figurek.
Charles mógł wybaczyć Lorien wiele, nawet to, że namawiała Roberta do wyrzucenia zakały rodu z domu. Teraz, po czasie, rozumiał to - ktoś tak poważny i poważany nie chciał mieć powiązań ze świeczkopenisami. Jedyne, co mu ciążyło, to fakt, że Lorien namawiała go do świętowania odejścia Roberta. A może źle ją zrozumiał? Może to jego własne zaślepienie i poszukiwanie ataku z jej strony tak wpłynęło na postrzeganie tej sprawy? Była też sprawa romansu z wujem Anthonym... Ale to było jeszcze do potwierdzenia. Wuj Anthony nie zrobiłby przecież czegoś takiego.
Temat Victorii był łatwiejszy, bo kobieta nie miała z nim bezpośrednich kontaktów. Obiecał sobie, że to zmieni. Znajomi się przydawali, a i miło byłoby poznać kogoś, kto dba o Rodolphusa.
- Chyba już wspominałeś, że jest aurorem... Nie ułatwiasz jej życia. - Charlie zaśmiał się, lgnąc do dotyku. - Dobrze byłoby mieć ją po naszej stronie. A różdżkę mogę równie dobrze złamać. Nie używam jej już od paru lat.
To nie było chwalenie się, a zwykle stwierdzenie faktu. Zresztą, to szybko zeszło na drugi plan, gdy dłonie Rodolphusa znalazły drogę do włosów i ciała. Charles nie zamierzał zostawać bierny, sięgnął do ust Lestrange'a, by zainicjować lekki, niewinny pocałunek.
- Spłonęły tylko okna, nie całe mieszkanie. - Powiedział między czułościami. - Jest zimno, ale tam mieszkam.
- Bo zaufałeś mi, przyjmując do mieszkania, a ja nie jestem w stanie dopilnować, żeby w porę wystawiono okna. - Zmartwił się, tłumacząc swoje przeprosiny. Nadąsał się odrobinę, ale tylko na moment. - Zabezpieczyłem je jak potrafiłem, więc nie napada do środka... Ale wieje. Wiesz, nie miałem pojęcia, że to może uderzyć też we mnie. Ale nie martw się, nie narzekam. Wiem, że to konieczne. - Wzruszył lekko ramionami. Nie zamierzał płakać Rolphowi, bo nie miał gdzie się podziać. W tej sytuacji, musiał przecierpieć, a i zaczął się już przyzwyczajać, że w Londynie co chwilę traci mieszkanie. Nie zamierzał bynajmniej wracać do ojca! - I tak całe dnie spędzam w pracy. Sam nie wiem, ile listów z odwołaniem wizyty dzisiaj wysłałem... I mamy braki w sowach. To też nasza wina.
Kiedy Rodolphus pojawił się obok niego, nie zamierzał tracić ani chwili. Zbliżył się, chyba tylko ostatkami siły woli powstrzymując się przed ostatecznym zmniejszeniem dystansu i wpakowaniem Lestrange'owi na kolana. Zadowolił się objęciem go, ułożeniem dłoni na jego klatce piersiowej, wciśnięciem twarzy w zagięcie szyi, gdzie złożył długi, ale delikatny pocałunek. Nie zależało mu na zostawianiu śladów, które z początku czerwone, szybko stają się sine i doświadczają światu, że pan Lestrange miał intymną przygodę.
- Masz tu brokat. - Zauważył lekko, niemal dowcipnie, zgarniając drobinkę z obojczyka Rodolphusa. - Mhm, ciocia Lorien bardzo szybko doszła do siebie po stracie wuja. - Dodał, nie porzucając tematu, ale i nie nawiązując bezpośrednio do swojego urazu. - Takie incydenty... Może odwracają jej uwagę od tego, co ważne. Nie to, żeby kradnięcie banku nie było ważne. Nic dziwnego, że zajmuje się pracą i rozdawaniem złośliwych figurek.
Charles mógł wybaczyć Lorien wiele, nawet to, że namawiała Roberta do wyrzucenia zakały rodu z domu. Teraz, po czasie, rozumiał to - ktoś tak poważny i poważany nie chciał mieć powiązań ze świeczkopenisami. Jedyne, co mu ciążyło, to fakt, że Lorien namawiała go do świętowania odejścia Roberta. A może źle ją zrozumiał? Może to jego własne zaślepienie i poszukiwanie ataku z jej strony tak wpłynęło na postrzeganie tej sprawy? Była też sprawa romansu z wujem Anthonym... Ale to było jeszcze do potwierdzenia. Wuj Anthony nie zrobiłby przecież czegoś takiego.
Temat Victorii był łatwiejszy, bo kobieta nie miała z nim bezpośrednich kontaktów. Obiecał sobie, że to zmieni. Znajomi się przydawali, a i miło byłoby poznać kogoś, kto dba o Rodolphusa.
- Chyba już wspominałeś, że jest aurorem... Nie ułatwiasz jej życia. - Charlie zaśmiał się, lgnąc do dotyku. - Dobrze byłoby mieć ją po naszej stronie. A różdżkę mogę równie dobrze złamać. Nie używam jej już od paru lat.
To nie było chwalenie się, a zwykle stwierdzenie faktu. Zresztą, to szybko zeszło na drugi plan, gdy dłonie Rodolphusa znalazły drogę do włosów i ciała. Charles nie zamierzał zostawać bierny, sięgnął do ust Lestrange'a, by zainicjować lekki, niewinny pocałunek.
- Spłonęły tylko okna, nie całe mieszkanie. - Powiedział między czułościami. - Jest zimno, ale tam mieszkam.