Ale ja nie lubię być mokry.
Nie potrafił tego zakomunikować. Nie potrafił wydusić z siebie tych słów. Był... sztuczny. Tak, to była sztuczność, a płynęła od kogoś, kto by się zarzekał, że nie obchodzi go, kim jest i jakie łatki nakłada na niego świat. Uśmiechnął się w całej niezręczności tego, wciąż głęboko przeżywając to wszystko, co doprowadziło ich tutaj, do dnia dzisiejszego. Nie myślał o tym w ten sposób, bo tego w sobie nie rozumiał - dziecięcego egocentryzmu wszytego grubą nicią we w dorosłe życie. Dużo bawił się z dziećmi, wydawało mi się, że rozumiał dzieci - młodych Bellów, którzy potrafili zamknąć oczy i wydawało im się, że dzięki temu nikt ich nie widzi, ale nie rozumiał ich w pełni - nie wiedział o tym jak egocentryzm działał na ich psychikę i jak ściągały na siebie odpowiedzialność za całe zło wokół nich. Gdyby to wiedział, być może zauważyłby w tym siebie - tego małego chłopaka pewnego swojej winy w porzuceniu przez matkę. A gdyby był minimalnie bardziej spostrzegawczy, miałby szansę dostrzec, że dzisiaj też obwiniał się za wszystko. Bo Laurent nie był wesoły. Bo nie mówił z pasją, radością i zaangażowaniem o rzeczach, które kochał. Bo Cain gryzł piach i żarły go robaki, a miał przed sobą jeszcze tyle życia. Bo Alexander był zniszczony. Bo dusza Fontaine skrajnie się zepsuła, a całowanie jej smakowało jak jedzenie łyżkami popiołu z wczorajszego ogniska. On to wszystko zrobił. Albo nie zrobił czegoś, co miało temu zapobiec.
Tak, to było durne. Bo zawsze sobie mówił, że tym, co lubił w ludziach, były wady. Niedociągnięcia. Nie spostrzegł jednak, że wybieranie mankamentów urody, na których zawieszał spojrzenie, nijak miało się do widzenia wad prawdziwych. Jego psychika nie psuła się, kiedy tylko miał krytykować kogoś, kogo zdążył już wynieść do rangi boga. Mówił, że w bogów nie wierzy, ale tworzył ich tak jak wszyscy inni ludzie na tej planecie. I tworzył tych bogów dobrymi. Mugolscy bogowie topili wszystkich grzeszników i wypowiadali wojny niewiernym. Czarodziejscy bogowie bawili się kołem roku i pozostawali obojętni na krzywdę i zło. I wszyscy oni wciąż pozostawali w spojrzeniu wyznawców... dobrzy. I wszyscy ludzie, których kochał, Flynn też byli dobrzy. Bo nikt nie chciał słyszeć o tym, że jego bóg jest zły, że go trzymał po to, żeby się bawić jego cierpieniem... I tak jak mugole wierzyli w dźwiganie na barkach grzechów tego świata, w to, że im ten bóg władzę nad światem przyrody i oni go zawodzili, tak i Flynn wierzył w ciężary, które miał nosić za takie szczęście, a im bardziej bezużyteczny się czuł, tym bardziej się to nasilało.
Nie lubił być mokry, ale jeżeli Laurent chciał być mokry, to niech będzie. Może jak będą mokrzy, to wszystko się naprawi i przestanie kłamać, że biega dłużej z potrzeby ruchu, a nie z powodu padania na kolana za wysokimi skałami na wybrzeżu i płakaniu tak głośno jak pozwalały mu na to płuca, ale poza zasięgiem widzenia i słyszenia innych ludzi.
Spróbował się uśmiechnąć.
To nie był koniec świata, tak?
Rozmawiali ze sobą, była ta huśtawa, była książka, było spędzanie razem czasu, było choćby minimalne zaangażowanie w jej treść. Każdy detal był dla niego ważny, on to wyliczał, dodawał, kalkulował, poszukiwał w tym bezpieczeństwa. No bo dzieciom zawsze mówiło się, że to nie twoja wina, ale wiernym nigdy. To zawsze była twoja wina. Wina, którą należało odpokutować.
I to wszystko pod membraną oddzielającą jego wewnętrzne przeżycia od figury chaotycznego anarchisty, za jakiego go miał każdy wokół.
Jeżeli coś go miało z tego wyciągnąć, w istocie była to komenda - miał coś zrobić, tu i teraz. Więc pojawił się oddech, większy. Taki, co zbroił ciało, zmuszał do nastroszenia czarnych piór i wyglądania na groźniejszego. Pojawiła się książka w palcach blondyna, zastępująca ciepłą dłoń, jaka otulała go wcześniej. A później świst teleportacji rozdzielił ich na kilka minut, bo pojawiło się: zobacz, a nie pokaż mi. Więc znów biegł przez ten las sam. I kiedy wrócił, nie miał dobrych wiadomości.
Skrzypnięcie czasoprzestrzeni, z której wypadł przez Laurentem wraz z głośnym świstem powietrza, sugerowało teleportowanie się w mniejszym skupieniu niż zwykle, nawet jeżeli zdawał się być wirtuozem tego typu zaklęć.
- Nic nie płonie, ale to - wyciągnął do niego rękę, pokazując kilka kolejnych kawałków popiołu leżących na jego suchej, popękanej dłoni - sypie się z tych chmur. - W jego niezbyt wnikliwej ocenie cokolwiek to było wyglądało jak postrzępione, wypalone kawałki pergaminu. Takie resztki pozostałe po paleniu listów nad świecą. - Lecą znad Londynu. Znaczy od strony Londynu. Nie ma żadnych od morza. Klątwa? - I nagle w oczach pojawiło się lekkie zwątpienie. To smutne pytanie: jest coś, o czym mi nie powiedziałeś? Znowu? Czy był jakiś list, o którym nie usłyszał, chociaż powinien? Ale to zwątpienie nie pozwoliłoby mu nie zareagować poprawnie. Otoczył go ramieniem i znów pojawił się świst, zabrakło skrzypnięcia. Przenieśli się oboje na ten drewniany taras, na którym tak lubił leżeć. Jeszcze nie wiedział, jaki czeka go koniec, jeżeli nie uda im się powstrzymać tego dziadostwa. - Jeżeli te chmury niosą coś, co doprowadzi do zapłonu, to nie zasłonimy całego lasu. Musimy coś wybrać. Ale to... - Nie potrafił tego dokładnie opisać. - To nie wygląda, jakby chciało przykryć cały rezerwat. To wygląda, jakby to gówno leciało konkretnie nad twój dom. Jakby cię wybrało. - Odrobinę się w tym zgubił. Znowu na moment zamiast być człowiekiem trzymającym Laurenta mocno, stał się maszyną analityczną rozważającą w głowie wszystkie dostępne rozwiązania problemu. Zapomniał powiedzieć nasz dom. Nawet tego nie zauważył.
Nie potrafił tego zakomunikować. Nie potrafił wydusić z siebie tych słów. Był... sztuczny. Tak, to była sztuczność, a płynęła od kogoś, kto by się zarzekał, że nie obchodzi go, kim jest i jakie łatki nakłada na niego świat. Uśmiechnął się w całej niezręczności tego, wciąż głęboko przeżywając to wszystko, co doprowadziło ich tutaj, do dnia dzisiejszego. Nie myślał o tym w ten sposób, bo tego w sobie nie rozumiał - dziecięcego egocentryzmu wszytego grubą nicią we w dorosłe życie. Dużo bawił się z dziećmi, wydawało mi się, że rozumiał dzieci - młodych Bellów, którzy potrafili zamknąć oczy i wydawało im się, że dzięki temu nikt ich nie widzi, ale nie rozumiał ich w pełni - nie wiedział o tym jak egocentryzm działał na ich psychikę i jak ściągały na siebie odpowiedzialność za całe zło wokół nich. Gdyby to wiedział, być może zauważyłby w tym siebie - tego małego chłopaka pewnego swojej winy w porzuceniu przez matkę. A gdyby był minimalnie bardziej spostrzegawczy, miałby szansę dostrzec, że dzisiaj też obwiniał się za wszystko. Bo Laurent nie był wesoły. Bo nie mówił z pasją, radością i zaangażowaniem o rzeczach, które kochał. Bo Cain gryzł piach i żarły go robaki, a miał przed sobą jeszcze tyle życia. Bo Alexander był zniszczony. Bo dusza Fontaine skrajnie się zepsuła, a całowanie jej smakowało jak jedzenie łyżkami popiołu z wczorajszego ogniska. On to wszystko zrobił. Albo nie zrobił czegoś, co miało temu zapobiec.
Tak, to było durne. Bo zawsze sobie mówił, że tym, co lubił w ludziach, były wady. Niedociągnięcia. Nie spostrzegł jednak, że wybieranie mankamentów urody, na których zawieszał spojrzenie, nijak miało się do widzenia wad prawdziwych. Jego psychika nie psuła się, kiedy tylko miał krytykować kogoś, kogo zdążył już wynieść do rangi boga. Mówił, że w bogów nie wierzy, ale tworzył ich tak jak wszyscy inni ludzie na tej planecie. I tworzył tych bogów dobrymi. Mugolscy bogowie topili wszystkich grzeszników i wypowiadali wojny niewiernym. Czarodziejscy bogowie bawili się kołem roku i pozostawali obojętni na krzywdę i zło. I wszyscy oni wciąż pozostawali w spojrzeniu wyznawców... dobrzy. I wszyscy ludzie, których kochał, Flynn też byli dobrzy. Bo nikt nie chciał słyszeć o tym, że jego bóg jest zły, że go trzymał po to, żeby się bawić jego cierpieniem... I tak jak mugole wierzyli w dźwiganie na barkach grzechów tego świata, w to, że im ten bóg władzę nad światem przyrody i oni go zawodzili, tak i Flynn wierzył w ciężary, które miał nosić za takie szczęście, a im bardziej bezużyteczny się czuł, tym bardziej się to nasilało.
Nie lubił być mokry, ale jeżeli Laurent chciał być mokry, to niech będzie. Może jak będą mokrzy, to wszystko się naprawi i przestanie kłamać, że biega dłużej z potrzeby ruchu, a nie z powodu padania na kolana za wysokimi skałami na wybrzeżu i płakaniu tak głośno jak pozwalały mu na to płuca, ale poza zasięgiem widzenia i słyszenia innych ludzi.
Spróbował się uśmiechnąć.
To nie był koniec świata, tak?
Rozmawiali ze sobą, była ta huśtawa, była książka, było spędzanie razem czasu, było choćby minimalne zaangażowanie w jej treść. Każdy detal był dla niego ważny, on to wyliczał, dodawał, kalkulował, poszukiwał w tym bezpieczeństwa. No bo dzieciom zawsze mówiło się, że to nie twoja wina, ale wiernym nigdy. To zawsze była twoja wina. Wina, którą należało odpokutować.
I to wszystko pod membraną oddzielającą jego wewnętrzne przeżycia od figury chaotycznego anarchisty, za jakiego go miał każdy wokół.
Jeżeli coś go miało z tego wyciągnąć, w istocie była to komenda - miał coś zrobić, tu i teraz. Więc pojawił się oddech, większy. Taki, co zbroił ciało, zmuszał do nastroszenia czarnych piór i wyglądania na groźniejszego. Pojawiła się książka w palcach blondyna, zastępująca ciepłą dłoń, jaka otulała go wcześniej. A później świst teleportacji rozdzielił ich na kilka minut, bo pojawiło się: zobacz, a nie pokaż mi. Więc znów biegł przez ten las sam. I kiedy wrócił, nie miał dobrych wiadomości.
Skrzypnięcie czasoprzestrzeni, z której wypadł przez Laurentem wraz z głośnym świstem powietrza, sugerowało teleportowanie się w mniejszym skupieniu niż zwykle, nawet jeżeli zdawał się być wirtuozem tego typu zaklęć.
- Nic nie płonie, ale to - wyciągnął do niego rękę, pokazując kilka kolejnych kawałków popiołu leżących na jego suchej, popękanej dłoni - sypie się z tych chmur. - W jego niezbyt wnikliwej ocenie cokolwiek to było wyglądało jak postrzępione, wypalone kawałki pergaminu. Takie resztki pozostałe po paleniu listów nad świecą. - Lecą znad Londynu. Znaczy od strony Londynu. Nie ma żadnych od morza. Klątwa? - I nagle w oczach pojawiło się lekkie zwątpienie. To smutne pytanie: jest coś, o czym mi nie powiedziałeś? Znowu? Czy był jakiś list, o którym nie usłyszał, chociaż powinien? Ale to zwątpienie nie pozwoliłoby mu nie zareagować poprawnie. Otoczył go ramieniem i znów pojawił się świst, zabrakło skrzypnięcia. Przenieśli się oboje na ten drewniany taras, na którym tak lubił leżeć. Jeszcze nie wiedział, jaki czeka go koniec, jeżeli nie uda im się powstrzymać tego dziadostwa. - Jeżeli te chmury niosą coś, co doprowadzi do zapłonu, to nie zasłonimy całego lasu. Musimy coś wybrać. Ale to... - Nie potrafił tego dokładnie opisać. - To nie wygląda, jakby chciało przykryć cały rezerwat. To wygląda, jakby to gówno leciało konkretnie nad twój dom. Jakby cię wybrało. - Odrobinę się w tym zgubił. Znowu na moment zamiast być człowiekiem trzymającym Laurenta mocno, stał się maszyną analityczną rozważającą w głowie wszystkie dostępne rozwiązania problemu. Zapomniał powiedzieć nasz dom. Nawet tego nie zauważył.
// porywczy I, lęk przed byciem bezużytecznym 0
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.