04.02.2023, 16:42 ✶
Ten notes nie był jej, to nie powinno tak boleć. Nie, gdy tkwiło się w ciele Alanny, o czym najwyraźniej przez całą sprawę z domniemanym samobójstwem zapomniała, przez co maska tej szorstkiej, wrednej, paskudnej jędzy nie trzymała się tak dobrze, jak powinna była.
Popełniała coraz więcej błędów, co sobie dość boleśnie uświadomiła. A z tym szło jakieś poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Bo to nie powinno tak być. Nie powinna być zmuszona do krycia się wśród śmierciożerców, nie, nawet wcześniej – nie powinna była umrzeć. Nie tak miało być, czego świadectwem i przypomnieniem była foczka zawieszona na szyi.
Symbol wszystkich marzeń i nadziei, który musiała najpierw wykraść, żeby mieć coś, co stanie się kotwicą w nowym-starym świecie. Kotwicą przypominającą, że może nie wszystko przepadło, że może warto wykazać się cierpliwością.
Tylko że ta się już chyba kończyła, zwłaszcza że czuła na karku oddech Voldemorta. Jego działania i plany? Mogły obrócić wszystko wniwecz, tak samo jak woda uczyniła to z nieszczęsnym szkicownikiem.
Podniosła w końcu spojrzenie na Patricka. Czy patrzysz na mnie? zastanowiła się, wahając się przy tym, czy może nie opuścić oklumencyjnych barier. Ale to też mógłby być błąd. W końcu aż za dobrze wiedziała, co potrafił dojrzeć – jeśli tylko szukał; tyle że nici z jednej strony mogły być wskazówką, z drugiej zaś – nie była pewna, jak teraz zareaguje. Niby znała Stewarda, ale zdawała też sobie sprawę z tego, że ludzie nie są niezmienni w swej naturze.
Czy patrzysz? krążyło wciąż w myślach, ciążyło coraz bardziej. Chciała tego. Chciała ulec pragnieniu, postąpić jak dawniej, w tych momentach po sprzeczkach, gdy opuszczała bariery, wysyłając tym samym sygnał na zgodę. I dlatego, że tak bardzo tego pragnęła, zrezygnowała z tego pomysłu. Carrow, nie Avery. Nie mogła o tym zapominać, a Carrow… była przeświadczona, iż Alanna nie okazałaby takiej słabości.
Zacisnęła wargi na wspomnienie o kawie bądź pączku. Znów, powinna była zareagować inaczej. Powinna była obsztorcować Patricka z góry na dół, że co sobie myśli. Że to, iż próbowała mu pomóc nie oznaczało, iż jest chętna na jakiekolwiek spotkania.
Ale tu już rozsądek przegrał sromotnie.
- Pączek brzmi dobrze – zgodziła się, wstając z klęczek – I tak szkoda twojej pracy – dodała, zaciskając palce wokół różdżki. Tego też nie chciała, odejścia jak najdalej, ale z każdą chwilą zaczynała się coraz bardziej obawiać, że nie utrzyma siebie i swoich pragnień w ryzach.
- Może lepiej dziś już nie podchodź do wody – rzuciła, choć nie tak szorstko, jak powinna była i bez słowa pożegnania czy ostrzeżenia się aportowała.
Popełniała coraz więcej błędów, co sobie dość boleśnie uświadomiła. A z tym szło jakieś poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Bo to nie powinno tak być. Nie powinna być zmuszona do krycia się wśród śmierciożerców, nie, nawet wcześniej – nie powinna była umrzeć. Nie tak miało być, czego świadectwem i przypomnieniem była foczka zawieszona na szyi.
Symbol wszystkich marzeń i nadziei, który musiała najpierw wykraść, żeby mieć coś, co stanie się kotwicą w nowym-starym świecie. Kotwicą przypominającą, że może nie wszystko przepadło, że może warto wykazać się cierpliwością.
Tylko że ta się już chyba kończyła, zwłaszcza że czuła na karku oddech Voldemorta. Jego działania i plany? Mogły obrócić wszystko wniwecz, tak samo jak woda uczyniła to z nieszczęsnym szkicownikiem.
Podniosła w końcu spojrzenie na Patricka. Czy patrzysz na mnie? zastanowiła się, wahając się przy tym, czy może nie opuścić oklumencyjnych barier. Ale to też mógłby być błąd. W końcu aż za dobrze wiedziała, co potrafił dojrzeć – jeśli tylko szukał; tyle że nici z jednej strony mogły być wskazówką, z drugiej zaś – nie była pewna, jak teraz zareaguje. Niby znała Stewarda, ale zdawała też sobie sprawę z tego, że ludzie nie są niezmienni w swej naturze.
Czy patrzysz? krążyło wciąż w myślach, ciążyło coraz bardziej. Chciała tego. Chciała ulec pragnieniu, postąpić jak dawniej, w tych momentach po sprzeczkach, gdy opuszczała bariery, wysyłając tym samym sygnał na zgodę. I dlatego, że tak bardzo tego pragnęła, zrezygnowała z tego pomysłu. Carrow, nie Avery. Nie mogła o tym zapominać, a Carrow… była przeświadczona, iż Alanna nie okazałaby takiej słabości.
Zacisnęła wargi na wspomnienie o kawie bądź pączku. Znów, powinna była zareagować inaczej. Powinna była obsztorcować Patricka z góry na dół, że co sobie myśli. Że to, iż próbowała mu pomóc nie oznaczało, iż jest chętna na jakiekolwiek spotkania.
Ale tu już rozsądek przegrał sromotnie.
- Pączek brzmi dobrze – zgodziła się, wstając z klęczek – I tak szkoda twojej pracy – dodała, zaciskając palce wokół różdżki. Tego też nie chciała, odejścia jak najdalej, ale z każdą chwilą zaczynała się coraz bardziej obawiać, że nie utrzyma siebie i swoich pragnień w ryzach.
- Może lepiej dziś już nie podchodź do wody – rzuciła, choć nie tak szorstko, jak powinna była i bez słowa pożegnania czy ostrzeżenia się aportowała.
Koniec sesji