01.04.2025, 23:55 ✶
To miał być spokojny dzień, a przynajmniej wszystkie dni w Dolinie takie się Dorze wydawały. Pozbawione przesadnych ekscesów, troszkę trącące jakąś wiejskawą idyllą, ale był to urok mieszkania w mniejszej miejscowości otoczonej sadami i prastarym lasem. Przyzwyczaiła się do tej atmosfery, która nie znikała nawet kiedy Knieja pozostawała zamknięta, a w jej wnętrzu czaiły się widma, bo właśnie o to chodziło - straszydła kryły się pomiędzy drzewami, ale w sama Dolina Godryka mogła żyć dalej, swoim powolnym miejskim życiem. Można było przejść się na rynek i zrobić zakupy, tak samo opływające w specjalistyczne zamówienia, jak i artykuły dostarczane przez miejscowych zielarzy i sadowników.
Właśnie dlatego wyszła z Warowni, żeby uzupełnić niektóre zapasy, a może i kupić coś smacznego. Snuła sobie też jakieś leniwe plany, że może w drodze powrotnej zajrzałaby jeszcze do cioci Quintessy, jeśli ta już wróciłaby z Antykwariatu do domu. Pożyczyłaby może od niej parę nowych książek, wypiła dobrą herbatę i pochwaliła się ostatnimi, fenomenalnymi odkryciami, jak na przykład nowym sposobem na eksterminację stonki.
Ale ten dzień, jak się bardzo szybko okazało, daleki był od tego co układała sobie w głowie. Zdążyła dokupić parę składników do eliksirów, których zaczynało jej brakować, a nie mogła ich uzupełnić z własnego ogródka. Potem kupiła nieco owoców i ruszyła dalej rynkiem, ciesząc się złocistymi, wciąż ciepłymi promieniami powoli zachodzącego słońca. Niebo jednak zaczęło szarzeć i nawet jeśli początkowo sądziła, że to noc zaczęła się zbliżać większymi krokami, coś w tym było nie tak. A potem... potem z nieba zaczęło padać.
Dora wyciągnęła przed siebie dłoń, trochę niemrawo i bez większego przejęcia, próbując pochwycić to, co sypało się z góry i kiedy szarawy kłębek dotknął jej skóry, przystanęła skonsternowana. Patrzyła, mrużąc oczy i kartkując w głowie wszelkie książki, które mogły jej zasugerować z czym miała do czynienia. Jednoczesna świadomość i niedowierzanie walczyły ze sobą zaciekle, no bo przecież widziała, dosłownie na swojej dłoni, że był to popiół. Popiół jednak spadał z nieba raczej w okolicy wulkanów, a nie na brytyjskich wyspach i to do tego spokojnych wioskach. Im dłużej jednak patrzyła, tym bardziej robiła się niespokojna, aż w końcu rozległy się pierwsze krzyki. Ku górze skoczyły płomienie, wygłodniałe i agresywne. Wściekłe, jakby pobudzane czymś więcej niż samymi prawami natury. A potem Crawley rzuciła się do biegu.
Chciała biec do Warowni, do rodziny, do sklepiku gdzie dostarczała swoje eliksiry, sprawdzić co z Longbottomami, a może z miejsca ruszyć do Strażnicy. Myśli gnały, próbując zdecydować się na to, co powinna w tym momencie zrobić, a jednocześnie otaczające ją krzyki ciągnęły do siebie w jakiś rozdzierający sposób, bo przecież żyła żeby pomagać. Tylko komu pomóc w pierwszej kolejności? W podświadomym geście sięgnęła do kieszeni spódnicy, ale kiedy dłoń natrafiła na lusterko, palce zatrzymały się tylko na nim na moment, ściskając je, ale zaraz puściły. Brenny nie było w Dolinie, a przez to lusterko było bezużyteczne.
Usłyszała krzyk nieco bliżej, przy budynku gdzie zajął się cały parter. Stająca przed nim kobieta odwróciła się w jej stronę, ewidentnie szukając pomocy i prawdę powiedziawszy, Menodory nawet nie trzeba było łapać, bo nawet jeśli przeleciała przez ręce Faye to i tak się zatrzymała.
- Musimy ją wydostać - sapnęła oczywiste słowa, wpatrując się przez sekundę w płomienie, zanim sięgnęła po różdżkę. - Spróbujmy to chociaż trochę ugasić - rzuciła jeszcze, celując w parter i chcąc wyczarować strumień wody.
kształtowanie na strumień wody
Właśnie dlatego wyszła z Warowni, żeby uzupełnić niektóre zapasy, a może i kupić coś smacznego. Snuła sobie też jakieś leniwe plany, że może w drodze powrotnej zajrzałaby jeszcze do cioci Quintessy, jeśli ta już wróciłaby z Antykwariatu do domu. Pożyczyłaby może od niej parę nowych książek, wypiła dobrą herbatę i pochwaliła się ostatnimi, fenomenalnymi odkryciami, jak na przykład nowym sposobem na eksterminację stonki.
Ale ten dzień, jak się bardzo szybko okazało, daleki był od tego co układała sobie w głowie. Zdążyła dokupić parę składników do eliksirów, których zaczynało jej brakować, a nie mogła ich uzupełnić z własnego ogródka. Potem kupiła nieco owoców i ruszyła dalej rynkiem, ciesząc się złocistymi, wciąż ciepłymi promieniami powoli zachodzącego słońca. Niebo jednak zaczęło szarzeć i nawet jeśli początkowo sądziła, że to noc zaczęła się zbliżać większymi krokami, coś w tym było nie tak. A potem... potem z nieba zaczęło padać.
Dora wyciągnęła przed siebie dłoń, trochę niemrawo i bez większego przejęcia, próbując pochwycić to, co sypało się z góry i kiedy szarawy kłębek dotknął jej skóry, przystanęła skonsternowana. Patrzyła, mrużąc oczy i kartkując w głowie wszelkie książki, które mogły jej zasugerować z czym miała do czynienia. Jednoczesna świadomość i niedowierzanie walczyły ze sobą zaciekle, no bo przecież widziała, dosłownie na swojej dłoni, że był to popiół. Popiół jednak spadał z nieba raczej w okolicy wulkanów, a nie na brytyjskich wyspach i to do tego spokojnych wioskach. Im dłużej jednak patrzyła, tym bardziej robiła się niespokojna, aż w końcu rozległy się pierwsze krzyki. Ku górze skoczyły płomienie, wygłodniałe i agresywne. Wściekłe, jakby pobudzane czymś więcej niż samymi prawami natury. A potem Crawley rzuciła się do biegu.
Chciała biec do Warowni, do rodziny, do sklepiku gdzie dostarczała swoje eliksiry, sprawdzić co z Longbottomami, a może z miejsca ruszyć do Strażnicy. Myśli gnały, próbując zdecydować się na to, co powinna w tym momencie zrobić, a jednocześnie otaczające ją krzyki ciągnęły do siebie w jakiś rozdzierający sposób, bo przecież żyła żeby pomagać. Tylko komu pomóc w pierwszej kolejności? W podświadomym geście sięgnęła do kieszeni spódnicy, ale kiedy dłoń natrafiła na lusterko, palce zatrzymały się tylko na nim na moment, ściskając je, ale zaraz puściły. Brenny nie było w Dolinie, a przez to lusterko było bezużyteczne.
Usłyszała krzyk nieco bliżej, przy budynku gdzie zajął się cały parter. Stająca przed nim kobieta odwróciła się w jej stronę, ewidentnie szukając pomocy i prawdę powiedziawszy, Menodory nawet nie trzeba było łapać, bo nawet jeśli przeleciała przez ręce Faye to i tak się zatrzymała.
- Musimy ją wydostać - sapnęła oczywiste słowa, wpatrując się przez sekundę w płomienie, zanim sięgnęła po różdżkę. - Spróbujmy to chociaż trochę ugasić - rzuciła jeszcze, celując w parter i chcąc wyczarować strumień wody.
kształtowanie na strumień wody
Rzut Z 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.