Dopóki nie usłyszysz prawdy na głos to możesz się łudzić. Oszukiwać. Wymyślać i dopowiadać sobie rzeczy, bo przecież było to zdecydowanie lepsze niż spoglądanie w lustro. Kiedy już w nie spojrzysz to nie pozostaje nic innego jak dopowiedzieć: tak, tak, ten w lustrze to niestety Ja. Ciekawe, czy narcystyczny Edward Prewett miał kiedyś taką myśl. Ile tak naprawdę było w nim zwątpienia do wszystkiego, co uczynił w swoim życiu i do samego siebie. Przedstawiał się z takiej strony, że nawet porażki obracał na swoją glorię i chwałę. Edward Prewett. Niesamowita osoba, która chowała pod plecionym srebrem włosów setki opowieści, a większość z nich schowana była do Puszki Pandory. Rozumiał, czemu Aydaya go pokochała. Rozumiał też, dlaczego był często tak bardzo własnym synem zawiedziony, nawet jeśli poza kłótniami o tym nie mówił.
Laurent mógł więc sobie dopowiadać i podejrzewać, albo zakrywać oczy i niczego nie widzieć. Ile prawdy o zbrodniach kryło się pod srebrem i ile zwątpienia i bólu mogło to przynosić. Przecież to było więcej niż oczywiste - nie podoła wyzwaniu. Nie uda mu się zastąpić ojca w tym, co robił. Niewiele rzeczy w życiu mu się udawało. Przemoc? Śmierć? Wyroki? Patrzył na ojca i czuł się jak w bajce. Nierealnej w dodatku. Takiej, która nie powstawała na fazie legend czy historii, a została wyssana z palca, bazowana na majakach sennych. Potwierdzenie faktów. Domysłów. Wymawiane głosem tego hardego człowieka zdawały się pacierzem wymawianym nad dymem z kaganka w świątyni.
- Ojcze... - Wypowiedział cicho to magiczne słowo czując niemoc. Jak miał mu to powiedzieć? Że był tchórzem? Że był słaby, miękki? Zupełnie jak Zofia, która zmarła na chorobę nazywaną "miłość"? Nie wiedział, jak to powiedzieć. Dlatego nie dokończył swojego zdania. Może to i lepie - po kolejnym łyku alkoholu Edward kontynuował. - Nie wiem, jakie masz oczekiwania wobec mnie, ale obaj dobrze wiemy, że cię zawiodę. - Zadziwiająco łatwo przyszło mu wypowiedzenie tych słów. Jakby nie bolały tak samo, jak powinny. Pandora. Pandora to, Pandora tamto... Pokręcił lekko głową na zadane pytanie. - Wiem, że sobie poradzę, bo muszę sobie poradzić. - To było aż tak proste. Nie godził się na warunki życia, jakie Dante próbował mu dyktować. Nie godził się na takie funkcjonowanie. Chciał żyć. Żyć pełną piersią, przestać się wiecznie bać. Czy można mówić o tym, że nie wszystkie decyzje ojca mu się podobały? Och, zgrozo, kim był, by oceniać? Mogły mu się nie podobać - a większość z nich uważał mimo to za słuszne czy konieczne. Edward był zdolny do podejmowania decyzji, które samego Laurenta za bardzo przytłaczały. Na które by się pewnie nie zdecydował. - Kim był... John.