Oczywiście, winny mógł być przecież tylko jeden, nie zamierzała brać tego na siebie, jakże by mogła. To nie tak, że prowokowała go na swój własny sposób, prawda? Wcale, a wcale. Nie korzystała z okazji, nie pojawiła się tuż za nim zupełnie naga, nie oplotła go ramionami, nie zbliżyła się do niego ponownie. Ona się przecież zupełnie nie zachowywała prowokująco. Gdzieżby.
Prosił się o to swoim spojrzeniem, zresztą nawet nie spoglądał na nią bezpośrednio, a przez lustro, to wystarczyło, aby Yaxleyówna podniosła się z łóżka i do niego podeszła, nic więcej nie potrzebowała od tych subtelnych znaków, nawoływał ją do siebie, a ona po prostu zareagowała na tę niemą prośbę. Spełniła jego zachciankę, bo przecież tak już miała, reagowała na każdy gest. Oczywiście, nigdy nie patrzyła na siebie, nie robiła tego na co miała ochotę, spełniała zachcianki innych, taka była dobroduszna. Porządna dziewczyna, drugiej takiej ze świecą szukać. To nie tak, że zamierzała w ten sposób dostać to, czego chciała, na czym w tej chwili jej najbardziej zależało, prawda?
Nie tak, że wiedziała, że prędzej, czy później jej ulegnie, nie będzie potrafił się oprzeć ciepłu jej ciała, tej bliskości. Oczywiście, że robiła to zupełnie nieświadomie... Tylko czy aby na pewno? Może faktycznie warto się było zastanowić nad tym, kto tu kogo wiódł na pokuszenie.
Pokręciła jedynie głową. Nigdy nie dałaby się wrobić w żaden aranż. Na pewno on zdawał sobie z tego sprawę, była w końcu niezależną, samodzielną kobietą, o której życiu mogła decydować tylko ona sama. Na szczęście jej rodzina bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, gdyby postawili ją w takiej sytuacji... to cóż, na pewno nigdy więcej by jej nie zobaczyli. Zniknęłaby na dobre, aby nikt więcej nie powtarzał takich wspaniałych pomysłów. Może przez chwilę byłoby jej smutno przez to, że zostawiła swoje życie, ale prędzej, czy później odnalazłaby się w nowym miejscu. Poradziłaby sobie na pewno. Wszystko byleby nie być zmuszona do życia z kimś, z kim nie chciała żyć.
Nie musieli się tym jednak przejmować, prawda? Dosyć szybko uświadomili swoje rodziny o tym, że w ich przypadku niepotrzebny jest aranż, że chcą być ze sobą bez tych nieptorzebnych komplikacji. Może nie było to coś, czego mogli się spodziewać, bo przecież Yaxleyowie nigdy nie byli szczególnie blisko z Greengrassami, a jednak nie łamali swoją relacją żadnych konwenansów. Pochodzili z odpowiednich rodzin, nie było więc żadnego problemu, który mógłby im uprzykrzyć tworzenie wspólnej przyszłości. No, może nie doszli do tego, aby faktycznie, oficjalnie połączyć swoje rodziny małżeństwem, ale to pewnie dopiero przed nimi. Zwłaszcza po tych niemalże dwóch latach przerwy. Nie zamierzała dopuszczać do tego, aby znowu przytrafiło im się coś podobnego. Może faktycznie łatwiej będzie wziąć ślub, bo wtedy żadne z nich już nie będzie mogło podejmować irracjonalnych decyzji. Zresztą tego chcieli, rozmawiali o tym, że te dwa lata temu mieli podobną wizję swojej przyszłości, w której znajdowali się razem, już nie tylko we dwójkę, ale potrafili wyobrazić sobie siebie z pąklem, a to też świadczyło samo za siebie.
- Sugeruję, że... - Odetchnęła głęboko. Chciała wprowadzić nieco dramatyzmu do tej rozmowy, bo czemu by nie. - aranż jest czymś na co bym się nigdy nie zgodziła. - Od tego było warto zacząć prawda? - aczkolwiek od wszystkiego są wyjątki... - Cóż, nie sądziła, że gdyby najpierw ktoś ich zmusił do małżeństwa, to by zmieniało cokolwiek w tej więzi, która ich łączyła. Byli dla siebie stworzeni, nie dało się tego nie zauważyć, rozumieli się jak nikt inny, zauważała od samego początku tę nie do końca znajomą nić, która ich łączyła, to zawsze było coś więcej. - Myślę, że dosyć szybko zauważyłabym, jaki jesteś wspaniały i wyjątkowy. - Szczególnie, kiedy jego usta zbliżały się w ten sposób do jej skóry.
- Zawsze byłabym Twoja, bez względu na to, w jaki sposób byśmy się poznali. W końcu jesteśmy sobie przeznaczeni. - Była bardzo pewna tej opinii, bo jakże mogłaby nie być. To, co zdarzyło im się nazywać klątwą w tej chwili raczej widziała jako błogosławieństwo. Połączenie dusz, którego można było im pozazdrościć, ale nie tylko dusz, ich ciała również do siebie lgnęły. Cóż, nie dało się tego nie zauważyć. Nie byłaby w stanie pomyśleć o tym, że mogłaby mieć coś takiego z kimś zupełnie innym, to było ich.
- Wiesz, że wteyd musielibyśmy stąd uciec, prawda? - Gdzieś bardzo, bardzo daleko, bo byłby to prawdziwy skandal, co najwyraźniej nie przeszkadzałoby ani jej, ani jemu. Byli gotowi poświęcić naprawdę wiele, aby mieć swoje szczęśliwe zakończenie. Musieli skończyć razem, bez względu na plany swoich rodzin. Nikt nie miał szansy z tym walczyć, nie kiedy to uczucie było takie silne.
- Mhm... - Zgodziła się z tymi wszystkimi jakże uroczymi określeniami, jakimi ją w tej chwili nazywał. - a to tylko część z moich zalet. - Oczywiście, że nie przejęła się tym, że skorzystał akurat z takich epitetów. Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że Ambroise widział w niej dużo więcej niż wszyscy inni. Znał ją doskonale, wiedział, co ma mu do zaoferowania. Nie dało się ukryć, że nie były to same pozytywne cechy, chciał ją taką jaka była, to wydawało się najistotniejsze. Nie musiała przed nim grać, udawać kogoś innego. Kochał ją taką bez względu na wszystko.
- Czyli nie chcesz ze mną rozmawiać? - Zatrzepotała całkiem uroczo rzęsami, próbowała udawać rozczarowaną jego słowami, ale średnio jej to wychodziło. Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że w tej chwili byli raczej dalcy od tego, żeby tracić czas na niepotrzebne pogawędki. Jej ciało reagowało na jego obecność, bardzo by chciała ponownie, bez zbędnych ceregieli zacząć dążyć do obopólnego spełnienia, tylko nie mogła tak łatwo na to przystać, przecież demonstrowali w tej chwili swoją upartość. Jako, że i on i ona lubili pokazywać to, kto ma nad sobą większą kontrolę, przynajmniej w takich sytuacjach, nie było więc takie oczywiste pozwolenie sobie na sięgnięcie po to, na czym jej w tej chwili najbardziej zależało. Dawno nie grali w ten sposób, nie mieli na to czasu. Właściwie teraz niby też ustalili już, że czas im się kończy, ale nieszczególnie się tym przjemowała.
- Nie tym razem. - Obejdzie się bez cyrografu, przynajmniej w tej chwili. No bo jakże niby miałaby go wypuścić z łóżka, kiedy znajdowali się tak blisko siebie. Kiedy ich ciała zaczynały płonąć, nie zniosłaby takiego rozczarowania.
Nie spodziewała się, że to uczucie będzie im towarzyszyło zawsze. Wiadomo, początki związku takie bywały, szczególnie, gdy musieli się trzymać z dala od siebie nakładając na tę znajomość ramy przyjaźni. Tyle, że w ich przypadku przez lata nic się nie zmieniło, nadal działali na siebie w ten sam sposób, nadal nie potrafili trzymać rąk przy sobie, nadal lgnęli do siebie, to chyba nigdy miało się nie zmienić.
- Nie mam w zwyczaju liczyć na coś, co się nigdy nie wydarzy. - Nie była, aż taka nierozsądna. Zresztą Roise nigdy nie musiał jej o to prosić, to też się nie zmieniło. Nie, kiedy sama pragnęła tej bliskości, jak niczego innego. To byłoby nie na miejscu oczekiwać od niego tego, że poprosi ją o to, aby wreszcie przekroczyła granicę.
Wiedziała, że jest bliski temu, aby zareagować, aby sięgnąć po to co należy do niego. Wpatrywała się w niego dłużą chwilę, gdy w końcu dotarła do jego paska od spodni, cóż, myślała, że pęknie, ale miał w sobie wyjątkowo dużo samokontroli. Nie skomentowała tego, chociaż miała ochotę to zrobić. Zamiast tego jednak wreszcie uniosła się nieco, a jej palce tym razem znalazły się na tej nieszczęsnej sprzączce. Mogłaby to zrobić szybciej, miała w końcu wprawę w pozbywaniu się podobnych części garderoby, jednak w tej chwili każdy jej gest był nieco przedłużony w czasie. Oczekiwanie powodowało, że satysfakcja była większa. Dawno nie mieli możliwości robić tego w podobny sposób.
Nie to, żeby nie chciała osiągnąć spełnienia najlepiej od razu, ale nie tę drogę wybrała w tej chwili. Musiała trzymać się swojego, jakże sprytnego planu.