03.04.2025, 11:06 ✶
Dym wokół nich rozwiał się, gdy powietrze zawirowało, posłuszne zaklęciu utkanemu przez Brennę. Brygadzistka, wciąż przemieszczając się wzdłuż ulicy, rozejrzała się – i po to, by lepiej ogarnąć sytuację, i upewnić, że tuż obok przypadkiem nie znalazł się ktoś, kto by je podsłuchiwał, nawet jeżeli mówiła cicho i raczej nie wdawała w wiele szczegółów. Próbowała przypomnieć sobie, co mieściło się w tych domach, które ucierpiały najmniej i w tych, które ucierpiały najbardziej. W pewnym momencie nawet zanotowała szybko rysikiem coś na kawałku papieru wyciągniętym z kieszeni – ale byle jak, on krótkie numerki, to nie był moment na chodzenie z notatnikiem i dokładne analizy.
– Nie mów mu tylko za dużo. Na pewno nie o innych bez ich zgody – westchnęła, bo było za późno na zmianę zdania, skoro Wood podchwyciła pomysł. Ale na razie prosili jedynie o współpracę z leczeniem, Cameron był półkrwi, jego rodzeństwo działało w Zakonie, najlepszy przyjaciel mieszkał do niedawna w Warowni, przyszła żona należała od Zakonu, pomagał już mugolakom, i jeśli nie był idealnym kandydatem… to kto był?
Najbardziej wkurzało ją chyba w tej chwili nie to, że oni mieli problemy ze zorganizowaniem się, a że nie widziała organizacji ze strony Ministerstwa. Rozbiegli się po mieście w pierwszej chwili, i niby normalne, ale grupa, w której działała pierwotnie, rozbiła się szybko, ona pomagała, gdzie mogła, ale jeżeli Ministerstwo gdzieś zaczynało sensowną organizację na mieście – to Brenna musiała to pominąć.
Pozostawało im brać sprawy w swoje ręce.
– Pamiętaj. Pierwsza zasada, Heath. Nie pomożesz nikomu, jeśli sama zostaniesz ranna – powiedziała, gdy zbliżyły się do uliczki, którą Wood mogła przebiec ku antykwariatowi, z której teraz zaklęcie Brenny przynajmniej czasowo wywiało dym. Zajrzała tam pierwsza, upewniając się, że nie widać żadnych rannych, ukrywających się cywili ani potencjalnych wywrotowców.
Oczywiście, jej słowa aż ociekały hipokryzją.
Ale Brenna akurat pod tym względem hipokrytką faktycznie bywała.
– Uwierz, też cholernie się cieszę. Patrick miał rację. – Zwykle miał rację we wszystkim. Ale teraz nie mogła mu jej przyznać w jednym: tym, że stąd znikł. Rozumiała, a jednak trudno było się jej pogodzić z tym, dokąd zaprowadziły go wspomnienia, które zostały w jego głowie po wycieczce do Limbo. Potrzebowali go. Ona go potrzebowała.
Ale musieli dać radę bez niego.
- Biegnę do Nory. W kontakcie – rzuciła i korzystając z tego, że przez moment widziała nieco więcej, przyspieszyła kroku. Rozglądała się, szukając budynków, które ucierpiały najbardziej. I tych, które nie ucierpiały wcale. Ludzi, którzy spróbowaliby skorzystać z zamieszania.
A gdy wydało się jej, że słyszy czyjś krzyk, przyspieszyła jeszcze bardziej.
– Nie mów mu tylko za dużo. Na pewno nie o innych bez ich zgody – westchnęła, bo było za późno na zmianę zdania, skoro Wood podchwyciła pomysł. Ale na razie prosili jedynie o współpracę z leczeniem, Cameron był półkrwi, jego rodzeństwo działało w Zakonie, najlepszy przyjaciel mieszkał do niedawna w Warowni, przyszła żona należała od Zakonu, pomagał już mugolakom, i jeśli nie był idealnym kandydatem… to kto był?
Najbardziej wkurzało ją chyba w tej chwili nie to, że oni mieli problemy ze zorganizowaniem się, a że nie widziała organizacji ze strony Ministerstwa. Rozbiegli się po mieście w pierwszej chwili, i niby normalne, ale grupa, w której działała pierwotnie, rozbiła się szybko, ona pomagała, gdzie mogła, ale jeżeli Ministerstwo gdzieś zaczynało sensowną organizację na mieście – to Brenna musiała to pominąć.
Pozostawało im brać sprawy w swoje ręce.
– Pamiętaj. Pierwsza zasada, Heath. Nie pomożesz nikomu, jeśli sama zostaniesz ranna – powiedziała, gdy zbliżyły się do uliczki, którą Wood mogła przebiec ku antykwariatowi, z której teraz zaklęcie Brenny przynajmniej czasowo wywiało dym. Zajrzała tam pierwsza, upewniając się, że nie widać żadnych rannych, ukrywających się cywili ani potencjalnych wywrotowców.
Oczywiście, jej słowa aż ociekały hipokryzją.
Ale Brenna akurat pod tym względem hipokrytką faktycznie bywała.
– Uwierz, też cholernie się cieszę. Patrick miał rację. – Zwykle miał rację we wszystkim. Ale teraz nie mogła mu jej przyznać w jednym: tym, że stąd znikł. Rozumiała, a jednak trudno było się jej pogodzić z tym, dokąd zaprowadziły go wspomnienia, które zostały w jego głowie po wycieczce do Limbo. Potrzebowali go. Ona go potrzebowała.
Ale musieli dać radę bez niego.
- Biegnę do Nory. W kontakcie – rzuciła i korzystając z tego, że przez moment widziała nieco więcej, przyspieszyła kroku. Rozglądała się, szukając budynków, które ucierpiały najbardziej. I tych, które nie ucierpiały wcale. Ludzi, którzy spróbowaliby skorzystać z zamieszania.
A gdy wydało się jej, że słyszy czyjś krzyk, przyspieszyła jeszcze bardziej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.