Mówili, że jest wielu łaskawych bogów na tym świecie. Tych niesłychanie mądrych, tych pragnących podzielić się z tobą całą posiadaną wiedzą. Tych wspaniałomyślnych i wybaczających. Laurent chciał być Bogiem. Czyim? Po co? I jako które bożyszcze miałby być oglądany? Zły, podły, bezczelny? Nie. Jako złoty miód, co łączy się z mleczną rzeką w Krainie Dostatku i Spokoju? Twoja własna Atlantyda, którą odnalazłeś wraz z pierwszym dotykiem bladych dłoni? Tak. Chciał być zbawieniem. Odkupieniem. Rozgrzeszeniem, którego nie mógł dać żaden inny szalony bożek. Tymczasem nie potrafił rozgrzeszyć osoby, której widok czynił mu radość każdego poranka. Teraz spoglądał na nieo i zastanawiał się, czy nie jest mu obcy. Po tych wszystkich słowach, po tych wszystkich obietnicach, okazał się wart dokładnie tyle samo, co każdy inny. By wybaczyć komukolwiek, najpierw trzeba wybaczyć sobie. Szukasz odpowiedzi na pytanie, czy popełniłeś jakiś błąd. Och tak, popełniłeś - wpuszczając The Edga do swojego życia. Tak? Nie. To nie był błąd. W każdej chwili można było go wyprosić. Nie byłeś od niego uzależniony, tym bardziej nie byłeś od niego zależny. Może odrzucenie go sprawiłoby, że znów podjąłby próbę zabicia samego siebie, ale nie potrafiłeś poczuć szarpania serca na myśl o tym, kiedy mu się przypatrywałeś. Starałeś się być dobry, kochany, łagodny - jak zawsze, a może nawet bardziej. To jedno pytanie jednak nigdy nie opuszczało myśli, nawet jeśli Laurent maskował je w swoich spojrzeniach. Nie o to, czemu chciał go zostawić, nie. Naprawdę to rozumiał. Pytanie: dlaczego poszedłeś do niego, a nie do mnie. Wydarzyło się coś tak ważnego, ale on nie przyszedł do ciebie. Pewnie z tego samego powodu, z którego Edward wolał patrzeć, jak dusisz się na podłodze, niż pomóc. Za słaby. Niewystarczająco dobry. Skoro tak, trzeba stać się silniejszym. Wymagało ogromu siły, by pozostać łagodnym podczas zbrojenia się. Zbroje były ciężkie, a jeszcze cięższe bywały bronie, które się do nich zakładało.
Żeby być łaskawym bożkiem musiał się jeszcze wiele nauczyć.
Złapał książkę i zacisnął na niej palce, stojąc w tym samym miejscu napięty. Wypatrywał barw na niebie pochłanianym przez ciężkie chmury. Wsłuchiwał się w plotki słane między listowiem i szmer fal nie zaniepokojonych żadnymi wydarzeniami. Nie dla nich były ziemskie tragedie, póki tragedia nie spotykała jednego z ich stworzeń. Przyłapał się na tym, że wystukuje nerwowy rytm na okładce. Przestał. I w tej samej chwili podskoczył, kiedy świst teleportacji wypuścił potykającego się niemal o własne nogi Flynna. Zmarszczył brwi, gotów jeszcze go zrugać za taką nieprecyzyjność, ale nie dostał na to czasu. Wyciągnął dłoń do dłoni Flynna i przejechał palcem po pyle. To samo, co spadło na jego rękę. Jak resztki z ogniska - w istocie niemal jak skrawki papieru porwane przez wiatr.
- Znad Londynu... - Powtórzył w zamyśleniu, przyglądając się szarości rozmazanej na jego palcach. - Zabierz mnie do New Forest... pod dom Vincenta - Kiedy tylko nie pojawiło się hasło, że wszystko znowu płonie, ten żar paniki, który czekał na swoją oliwę, przygasł. Dopiero wtedy uniósł wzrok na Flynna i zobaczył to... zwątpienie? Smutek? Wiele smutku było ostatnio w tych oczach. Pięknych oczach. - Nie wiem. - Rzeczowość odpowiedzi nie była miękka - miała ten sam stanowczy wyraz co wydawane żądania. Nie prośby - żądania. - Wybrało? - Tak, to rzeczywiście zaczynało brzmieć jak jakaś klątwa. Albo przynajmniej celowe działanie. - Zostawisz mnie pod domem Vincenta i pójdziesz do Alexandra. Wszyscy goście mają zostać ewakuowani z terenu stajni i rezerwatu. Niech pracownicy pozasłaniają czymś usta. Ty też.- Dodał to ostatnie, bo Flynn potrafił zadziwiająco łatwo o sobie zapominać. Nawet jak na szczura. - Zaczekam na ciebie u Vincenta. - Nie zamierzał samemu, pseudo brawurowo, zbliżać się do swojego domu.