Yaxleyówna była jeszcze dość młoda, gdy poznała Ambroisa, może nie w ich kręgach, bo tam nie mieli raczej problemu z tym, aby wydawać za mąż ledwie dwudziestoletnie dziewczęta, ale jej rodzina nie naciskała na to nigdy, aż tak bardzo. Nie, kiedy z ogromnym zaangażowaniem rozwijała swoje skrzydła w ich rodzinnej działalności. Ominęło ją więc praktycznie to całe aranżowanie spotkań. Jasne, jej matka miała te swoje momenty, przebłyski, jak zwał tak zwał, kiedy sugerowała, że powinna sobie złapać jakiegoś odpowiedniego kawalera, tyle, że do Geraldine dość szybko dotarło, że był tylko jeden, który ją interesował. Temat dość szybko się wyjaśnił, bo mimo początkowych petrurbacji dotarli do tego, co właściwie ich łączyło. Nie było więc problemu z poszukiwaniem jej kandydata na siłę, gdy zupełnie przypadkiem odpowiedni sam się nawinął i był nią zainteresowany.
Matka była spokojniejsza, bo nie musiała się martwić już tym, co od zawsze powtarzała Geraldine - żadnego małżeństwa, narzeczeństwa i całej reszty. Dosyć szybko zaczęli tworzyć z Ambroisem dom, jej rodzice o tym wiedzieli i nie naciskali jakoś szczególnie na to, aby zrobili to oficjalnie. Nie wtrącali się szczególnie, tym bardziej, że wiedzieli, że kiedyś ten moment nadejdzie. To wydawało się być raczej oczywiste w ich przypadku, a przynajmniej wszystko na to wskazywało.
Nigdy jakoś specjalnie nie wnikali w to, co się wydarzyło w siedemdziesiątym pierwszym. Yaxleyówna nie miała w zwyczaju mówić o tym, co działo się w jej życiu, szczególnie kiedy coś sprawiało jej dyskomfort, kiedy czuła, że ona nawaliła. Po prostu się skończyło, to była jej odpowiedź na wszystko. Nieco więcej powiedziała Astarothowi, tutaj nie miała problemu z tym, aby wylewać swoje gorzkie żale, mimo różnicy wieku rodzeństwo było ze sobą bardzo blisko, było dla siebie oparciem w tych najbardziej chujowych sytuacjach, może nie polegało to na głaskaniu po głowie, a raczej uderzeniu w ten sposób, aby jedno lub drugie z nich doprowadziło się do porządku. Nie świadczyło to jednak, że się o siebie nie martwili - wręcz przeciwnie. Robili to jednak w dosyć specyficzny sposób, jak przystało na szorstkie geny, które odziedziczyli po swojej rodzinie.
Zdawała sobie sprawę, że miała sporo szczęścia, że w ciągu tych dwóch lat jej matka nie wpadła na pomysł, aby znaleźć jej jakiegoś kandydata, z którym mogłaby połączyć swoje życie. Zresztą na pewno wiedziała, że Geraldine by na to nie przystała, nawet jeśli miałaby bać pod uwagę dobre imię ich rodziny. Zamierzała sama decydować o tym, z kim spędzi swoją przyszłość. Nie dostała Roisa - nie chciała mieć nikogo innego. Oczywiście nie ominęły jej plotki, bo pojawiała się na przyjęciach, ten obowiązek spełniała, zazwyczaj jednak bywała po prostu przy boku swojego przyjaciela, bo tak było prościej. Przynajmniej dobrze się razem bawili, a i nie musieli usilnie odganiać od siebie kolejnych chętnych kandydatów. To było całkiem dobrym rozwiązaniem w ich przypadku, podejrzewała bowiem, że Longbottom również ma swoje powody, przez które nadal pozostawał singlem. Dobrze było mieć kogoś takiego w swoim otoczeniu, to było naprawdę wygodne.
Nie myślała nigdy o tym, że będzie pragnęła stworzyć z kimś coś stałego. Miała jednak te momenty, w przypadku Roisa. Widziała ich razem, widziała ich wspólną przyszłość, niemalże od samego początku była pewna, że będą ze sobą zawsze. Ich więź była silniejsza niż wszystko inne. Zbudowali swoją relację na czymś więcej niż tylko pożądaniu, miłości, łączyło ich dużo więcej, byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi, sojusznikami, razem byli wszystkim. Naprawdę wierzyła w to, że nigdy się to nie zmieni, może zaliczyli ten moment, w którym się rozeszli, jednak znowu wszystko było na właściwym miejscu. Wiedziała, że już nic tego nie zmieni, nie kiedy poznała prawdę, gdy wiedziała, że zrobił to dla jej dobra, bezpieczeństwa, jak zwał tak zwał. Udało jej się w końcu udowodnić mu, że bez niego nigdy nie będzie szczęśliwa, że wtedy gdy nie było go obok dopiero zaczynała tracić grunt pod nogami i błądzić. Dobrze, że to było już za nimi, a teraz znowu znajdowali się w jej sypialni, w której mogli dyskutować o hipotetycznych sytuacjach, które nigdy miały nie mieć miejsca. To było też całkiem zabawne.
- To bardzo słuszne. Należy mu współczuć, należy współczuć każdemu, kto mógłby pomyśleć, że byłabym się w stanie nim zainteresować. - Nie da się ukryć, że Yaxleyówna od lat była w stanie kochać tylko jedną osobę, tą która właśnie znajdowała się pod nią. To nigdy nie miało się zmienić, było jedyną stałą w jej życiu.
Nie miałaby najmniejszego problemu z tym, aby zachować się w ten sposób. Uciec stąd z miłością swojego życia, nie wydawało jej się to też szczególnie kontrowersyjnym rozwiązaniem, przecież wszyscy wiedzieli, że zawsze dostaje to, czego chce, nigdy nie robiła czegokolwiek pod publiczkę. To nie było do niej podobne. Cóż, można było ją uznać za rozpieszczoną córeczkę tatusia, ale czy na pewno? Ona wolała to widzieć raczej jako fakt, że była kurewsko niezależna, nie tańczyła tak, jak jej kazali. Nigdy. Nie miała problemu z tym, aby powiedzieć swoim najbliższym całą prawdę, wyznać wszystkie swoje myśli. Wiedzieli, czego mogą się po niej spodziewać, a mogli się spodziewać niespodziewanego. Nikogo więc pewnie nie zdziwiłaby jej ewentualna ucieczka, ba - mogłaby nawet stwierdzić, że gdyby pojawiła się w domu kilka lat później to przyjęliby ją z otwartymi ramionami. Yaxleyowie nie należeli do tych okrutnych, a ona przecież była jedyną córeczką tatusia, to łączyło się z dodatkowymi profitami. Miał do niej ogrom cierpliwości, nikt inny właściwie nie traktował jej, aż tak lekko i nie był skory przystawać na jej wszystkie głupie pomysły.
- Myślę, że to doświadczenie nie jest nam już do niczego potrzebne. - Nie musieli przecież uciekać, wręcz przeciwnie. Wystarczyło oznajmić, że do siebie wrócili, a ponownie wszystko wróci do normy. Będą mogli pojawiać się razem na tych wszystkich spędach towarzyskich, pewnie nie ominą plotek, ale co z tego? Od samego początku lubiano o nich dyskutować. Pamiętała te wszystkie spojrzenia (niezbyt dyskretne), gdy zaliczyli swój pierwszy, wspólny debiut towarzyski. Przynajmniej zadbają o to, aby te stare plotkary nie umarły z nudy. Najważniejsze dla niej było to, że w końcu znowu byli razem, że powoli wracali do tego, co kiedyś udało im się stworzyć, w końcu pojawiła się nadzieja na odzyskanie sensu życia, czyż nie?
Przewróciła teatralnie oczami, ależ oczywiście, że musiał pomyśleć o tych zaletach. Czego innego mogła się spodziewać. - Mam dużo i duże zalety, to jasne jak słońce. - Czy powinna teraz w końcu się od niego oderwać, przewrócić na bok i nie dać mu wpatrywać się w te zalety? Może to było rozwiązaniem, chociaż nie, nie ku temu zmierzali. Bardzo dobrze wiedziała, że są bliscy temu, aby wreszcie sobie ulec. Ta rozmowa prowadziła ich tylko do jednego, nieuniknionego.
- Dobrze, zamknę się więc. - Bo chyba tego chciał, prawda, zresztą sama uważała, że powiedzieli już sobie wszystko, co było do powiedzenia. Na początku ją to nawet bawiło ją to w jaki sposób prowadzili tę konwersację, teraz jednak wypadałoby w końcu ją skończyć. Zwłaszcza, że przyjemne dreszcze zaczęły powoli przechodzić po jej ciele, wiedziała, że zbliżają się do momentu, w którym powinni raczej przejść do tego, co wychodziło im najlepiej - czyli do gestów.
Niestety, Roise postanowił sobie urządzić teatrzyk. Yaxleyówna wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi oczami nieco rozbawiona. Teraz on postanowił z nią pogrywać. Wspaniale, dostała za swoje.
Zdecydowanie wolałaby uniknąć tego popisu, nie do końca wiedziała, w jaki sposób powinna zareagować, stać ją było tylko i wyłącznie na przewrócenie oczami. Wiedziała do czego zmierza, zdawała sobie sprawę, że ją teraz przedrzeźniał. Nie do końca jej się to podobało.
- Nigdy Cię do niczego nie zmuszam. - Wiedziała przecież, że zmuszanie nie miało żadnego sensu, najmniejszego. Cóż, skoro już wyrzucił z siebie tę jakże niesamowite słowa, pokazał, że ma już dość w całkiem obrazowy sposób nie zamierzała dłużej zwlekać, bo mogło się to skończyć zupełnie nieoczekiwanie.
Zamiast tego, wreszcie rozpięła mu ten pasek od spodni i zaczęła mu je zsuwać. - Nie odzywaj się więcej. - Rzuciła jeszcze cicho, bo wiedziała, że jeśli dalej będzie chciał odgrywać to swoje przedstawienie, to za kilka sekund wyjdzie z siebie i stanie obok. Nie była już szczególnie delikatna i ostrożna, wróciła do typowego dla siebie pośpiechu, bo czemu by nie.