04.04.2025, 12:03 ✶
– A, nie, nie to miałam na myśli. Chodziło mi o dokarmianie. Millie… myślę, że ona nie chce wracać do BUMu. Przynajmniej na razie. Zastanawia się, co dalej – stwierdziła Brenna. I chociaż pewnie wielu ludziom zdawało się dziwne, szukanie własnej drogi w tym wieku, to… jej zdaniem czasem lepiej było iść i poszukać czegoś nowego, niż wędrować ścieżką, która mogła okazać się zła.
Miała może trochę nadzieję, że Miles wróci do Brygady, ale jeżeli chciała czegoś innego, to Brenna z kolei chciała po prostu tego, co najlepsze dla Moody.
A gdy padły kolejne słowa…
Po prostu zamarła.
Spodziewała się różnych rzeczy. Że chodziło o Millie i o to, co się pomiędzy nimi działo, cokolwiek to było albo nie było, i co kazało prosić Thomasa o tak dziwną zapłatę za mechanizmy. O Zakon i zebranie, i że to z jego powodu tak reagował na jej obecność, bo chciał powiedzieć parę rzeczy, i nie wiedział, jak. Może o wspomnienie czarnoksiężnika, o rzeczy, które tkwiły w głowie Thomasa i z którymi od dawna się nie zmagał.
„Polowałem na demona i użyłem czarnej magii” nie było tym czego oczekiwała. Ale chyba w ostatnich miesiącach nauczyła się nie dziwić niczemu. Przez chwilę obserwowała więc tylko Thomasa, przetrawiając tę informację. Zabijał demony – i nikomu nie powiedział, w co się wpakował, nie żeby sama była lepsza z takimi rzeczami. Użył czarnej magii. I najwyraźniej stało się to w taki sposób, że go dręczyło.
Lojalność Brenny miała swoje granice. Leżały tam, gdzie zaakceptowanie pewnych rzeczy oznaczałoby, że nie jest już sobą – że osoba, która je zrobiła, nie jest tym, komu była winna tę lojalność. Ale były daleko, daleko poza użyciem krzywdzących zaklęć na demonie. Dobrze znała złość, która potrafiła ponieść i poprowadzić rękę. Poznała ją pewnej zimowej nocy, okładając pięściami na oblodzonym chodniku mordercę dziecka, tak mocno, że Cain – nieszczęsny Cain, który też zginął – uznał, że Brenna go zabije. I nie uważała demonów za ludzkie istoty.
Wiedziała, dokąd coś takiego może doprowadzić. Nie musiała uznawać tego za coś dobrego. Ale to było za mało, żeby po prostu odepchnęła Thomasa – by tak się stało, musiałby zaatakować w ten sposób kogoś niewinnego lub działać tylko dla własnych korzyści.
I w tej chwili najbardziej martwiło ją nie to, co zrobił, a że wyglądał, jakby coś w nim pękło.
Brenna podniosła się w końcu z miejsca i obeszła stół, by zatrzymać się obok niego.
– Chodź tutaj, Tommy – powiedziała, otwierając ramiona, by go uściskać, jeśli nie odrzucił tego gestu.
Miała może trochę nadzieję, że Miles wróci do Brygady, ale jeżeli chciała czegoś innego, to Brenna z kolei chciała po prostu tego, co najlepsze dla Moody.
A gdy padły kolejne słowa…
Po prostu zamarła.
Spodziewała się różnych rzeczy. Że chodziło o Millie i o to, co się pomiędzy nimi działo, cokolwiek to było albo nie było, i co kazało prosić Thomasa o tak dziwną zapłatę za mechanizmy. O Zakon i zebranie, i że to z jego powodu tak reagował na jej obecność, bo chciał powiedzieć parę rzeczy, i nie wiedział, jak. Może o wspomnienie czarnoksiężnika, o rzeczy, które tkwiły w głowie Thomasa i z którymi od dawna się nie zmagał.
„Polowałem na demona i użyłem czarnej magii” nie było tym czego oczekiwała. Ale chyba w ostatnich miesiącach nauczyła się nie dziwić niczemu. Przez chwilę obserwowała więc tylko Thomasa, przetrawiając tę informację. Zabijał demony – i nikomu nie powiedział, w co się wpakował, nie żeby sama była lepsza z takimi rzeczami. Użył czarnej magii. I najwyraźniej stało się to w taki sposób, że go dręczyło.
Lojalność Brenny miała swoje granice. Leżały tam, gdzie zaakceptowanie pewnych rzeczy oznaczałoby, że nie jest już sobą – że osoba, która je zrobiła, nie jest tym, komu była winna tę lojalność. Ale były daleko, daleko poza użyciem krzywdzących zaklęć na demonie. Dobrze znała złość, która potrafiła ponieść i poprowadzić rękę. Poznała ją pewnej zimowej nocy, okładając pięściami na oblodzonym chodniku mordercę dziecka, tak mocno, że Cain – nieszczęsny Cain, który też zginął – uznał, że Brenna go zabije. I nie uważała demonów za ludzkie istoty.
Wiedziała, dokąd coś takiego może doprowadzić. Nie musiała uznawać tego za coś dobrego. Ale to było za mało, żeby po prostu odepchnęła Thomasa – by tak się stało, musiałby zaatakować w ten sposób kogoś niewinnego lub działać tylko dla własnych korzyści.
I w tej chwili najbardziej martwiło ją nie to, co zrobił, a że wyglądał, jakby coś w nim pękło.
Brenna podniosła się w końcu z miejsca i obeszła stół, by zatrzymać się obok niego.
– Chodź tutaj, Tommy – powiedziała, otwierając ramiona, by go uściskać, jeśli nie odrzucił tego gestu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.