05.04.2025, 11:21 ✶
Jonathan skinął głową na prośbę Tahiry, chcąc dać jej w tym momencie przestrzeń, ale jeszcze zanim wyszedł z gabinetu, coś go tknęło i Selwyn podszedł szybko do swojego biurka, wyciągnął jakieś zawiniątko z jednej z szafek, po czym, wreszcie opuścił pomieszczenie.
Anthony spojrzał się na niego twardo, jakby i on miał trzecie oko i już wiedział, że wcale nie planował wrócić do biura po znalezieniu Jessiego.
– Taki jest plan – potwierdził tylko. Nie kłamał. Plan w rzeczywistości taki był. Plan Anthony'ego. Po prostu Jonathan poza tym planował zostać i próbować wesprzeć Zakon najlepiej w taki sposób, aby Anthony nie postanowił się w to zaangażować.
I akurat kiedy wymienił kilka słów z resztą zgromadzonych tutaj osób do biura OMSHMu zawitała osoba, która w przeciwieństwie do Śmierciożerców Londyn mogłaby podpalić samym spojrzeniem. I na pewno miałaby wobec tego lepszy powód. A nawet jeśli nie, to jej Jonathan akurat pomagałby maskować wszelkie ślady.
Charlotte, wepchnęła mu swoją torbę i Jonathan z jednej strony poczuł ulgę, że przyjaciółce najwyraźniej nic nie było, a z drugiej strony ogarnął go pewien niepokój, gdy zorientował się, że Morpheusa najwyraźniej nie było w pracy.
– Muszę kupić ci na urodziny lżejsza torbę – mruknął, czując ciężar przedmiotu, który Charlotte właśnie kazała mu trzymać, a którego niemal nie wypuścił w pierwszej chwili z rąk. I to nie tak, że nie był na tyle silny, aby go utrzymać. Po prostu jednocześnie trzymał zawiniątko, a tak poza tym to otrzymał torebkę raczej niespodziewanie. Wreszcie jednak Lottie wyciągnęła, to co miała i Selwyn uśmiechnął się do niej w podziękowaniu. – Zaraz ich sprowadzimy. Uważaj na siebie.
Natomiast słysząc jak to Rita ma pilnować jego, zrobił bardzo urażoną minę.
– Jeśli ktoś już musi na kogoś uważać, to płomienie na nas, bo łatwo im się nie damy – oznajmił. Pilnować jego! Jakby to nie on bohatersko… Robił wszystko. A przecież nie miał w głowie żadnych głupich planów. Przynajmniej w jego ocenie nie były one głupie. – Morpheus… Hm… Warownia? Jego nawiedzona świątynia wróżbity w Little Hangleton?
Na pewno wszystko było z nim dobrze. Morphy zaraz się znajdzie. Longbottomowie nie wyglądali na takich co umieraliby szybką śmiercią w pierwszych sekundach katastrofy.
Uścisnął Lottie dłoń, i jeszcze zanim ruszył z Ritą, podszedł do Tony'ego.
– Proszę. Oby się nie przydało, ale jeśli się przyda to chciałbym o tym usłyszeć – oznajmił, wciskając mu materiałowe zawiniątko w które zawinął otrzymane na Lammas trzewiki z przymocowanymi do nich przyssawkami. Nie wiedział czemu mu je dawał (poza tym, że się martwił i otrzymał od Charlotte taką samą parę) ani co chciał mu w ten sposób powiedzieć. Poza tym, że się o niego martwił, ale był absolutnie wściekły i żałował, że trzewiki nie były czerwone.
Przekazuję Anthony'emu lepkie trzewiki, zdobyte w loterii na Lammas
Anthony spojrzał się na niego twardo, jakby i on miał trzecie oko i już wiedział, że wcale nie planował wrócić do biura po znalezieniu Jessiego.
– Taki jest plan – potwierdził tylko. Nie kłamał. Plan w rzeczywistości taki był. Plan Anthony'ego. Po prostu Jonathan poza tym planował zostać i próbować wesprzeć Zakon najlepiej w taki sposób, aby Anthony nie postanowił się w to zaangażować.
I akurat kiedy wymienił kilka słów z resztą zgromadzonych tutaj osób do biura OMSHMu zawitała osoba, która w przeciwieństwie do Śmierciożerców Londyn mogłaby podpalić samym spojrzeniem. I na pewno miałaby wobec tego lepszy powód. A nawet jeśli nie, to jej Jonathan akurat pomagałby maskować wszelkie ślady.
Charlotte, wepchnęła mu swoją torbę i Jonathan z jednej strony poczuł ulgę, że przyjaciółce najwyraźniej nic nie było, a z drugiej strony ogarnął go pewien niepokój, gdy zorientował się, że Morpheusa najwyraźniej nie było w pracy.
– Muszę kupić ci na urodziny lżejsza torbę – mruknął, czując ciężar przedmiotu, który Charlotte właśnie kazała mu trzymać, a którego niemal nie wypuścił w pierwszej chwili z rąk. I to nie tak, że nie był na tyle silny, aby go utrzymać. Po prostu jednocześnie trzymał zawiniątko, a tak poza tym to otrzymał torebkę raczej niespodziewanie. Wreszcie jednak Lottie wyciągnęła, to co miała i Selwyn uśmiechnął się do niej w podziękowaniu. – Zaraz ich sprowadzimy. Uważaj na siebie.
Natomiast słysząc jak to Rita ma pilnować jego, zrobił bardzo urażoną minę.
– Jeśli ktoś już musi na kogoś uważać, to płomienie na nas, bo łatwo im się nie damy – oznajmił. Pilnować jego! Jakby to nie on bohatersko… Robił wszystko. A przecież nie miał w głowie żadnych głupich planów. Przynajmniej w jego ocenie nie były one głupie. – Morpheus… Hm… Warownia? Jego nawiedzona świątynia wróżbity w Little Hangleton?
Na pewno wszystko było z nim dobrze. Morphy zaraz się znajdzie. Longbottomowie nie wyglądali na takich co umieraliby szybką śmiercią w pierwszych sekundach katastrofy.
Uścisnął Lottie dłoń, i jeszcze zanim ruszył z Ritą, podszedł do Tony'ego.
– Proszę. Oby się nie przydało, ale jeśli się przyda to chciałbym o tym usłyszeć – oznajmił, wciskając mu materiałowe zawiniątko w które zawinął otrzymane na Lammas trzewiki z przymocowanymi do nich przyssawkami. Nie wiedział czemu mu je dawał (poza tym, że się martwił i otrzymał od Charlotte taką samą parę) ani co chciał mu w ten sposób powiedzieć. Poza tym, że się o niego martwił, ale był absolutnie wściekły i żałował, że trzewiki nie były czerwone.
Przekazuję Anthony'emu lepkie trzewiki, zdobyte w loterii na Lammas