05.04.2025, 17:42 ✶
Jedynym co pozostawił ten dotyk na jego skórze, był niedosyt. Kurwa, jak on ostatnio nienawidził absolutnie wszystkiego. Leciała w ich stronę wielka chmura kryjąca w sobie potencjalnie wielką i wyniszczającą klątwę, a on właśnie dał wyciągnąć się z namysłu nad jakąś taktyką, żeby przypomnieć sobie o swoich planach na wieczór. Chciał przeleżeć na parapecie przy otwartym oknie ostatnie godziny dnia, które blondyn zwykle poświęcał na pracę, a później poćwiczyć razem. Chciał zasnąć z nim w jednym łóżku, czysty, wtulony w to ciało, z nosem zatopionym w jasnych włosach, próbując przypomnieć sobie mgliste, nierealne wspomnienie błękitnych oczu. To był prawdopodobnie najwyraźniejszy kolor jaki zapamiętał, ale i tak zacierał go czas.
Frustracja narastała.
Był bezużytecznym śmieciem, ale żadne to przecież było odkrycie. Zawsze wiedział, że coś z nim było nie tak, zawsze wiedział w kogo winien był ukierunkować największą porcję żyjącej w nim niechęci. Tamte fantazje o byciu kimś, kto wyciągnie Laurenta z dna były całkiem słodkie, ale pozostawały fantazjami, prawda? Jego umysł znów przedstawił wajchę - on nikogo z dna nie wyciągał, ale potrafił pokazać, że na tym dnie wciąż można było dobrze się bawić. Musiał kiedyś wziąć się w garść, albo oboje utopią się w nicości. Ta nijakość wydawała mu się gorsza niż martwe powietrze na dnach jaskiń. Zabijała powoli, obierała nieuczciwe taktyki.
Crow napiął się i zabrał rękę, ale nie po to, żeby stąd zniknąć, żeby uciekać spojrzeniem. Wręcz przeciwnie, stał wyprostowany, jakoś nadmiernie pewny siebie i objął go tą zabraną ręką w pasie, żeby w ten sposób przenieść ich w miejsce, w którym Laurent zażyczył sobie się znaleźć. Całkiem szybko, sprawnie, nawet jak na to jak momentami potrafił być przygłupi - nieco drgnął słysząc imię Alexander, bo dopiero po chwili dotarło do niego, że mówi o swoim pracowniku, a nie o jego bracie. Pomyłka oderwała go jednak na moment od New Forest. No bo... Te chmury szły z Londynu i...
Wyprostował się jeszcze bardziej.
Flynn lubiący wylegiwać się w słońcu, wygrzewający się jak kot na blaszanym dachu, powolny, wiecznie w pozycji horyzontalnej, często się garbił. Ale teraz tego nie robił. Swoją postawą przypominał siebie ze Ścieżek i wraz z postawą, napięciem w mięśniach, wróciła jego zadziorność. To był ten wyraz twarzy człowieka lubiącego się kłócić. Zawodzącego na manowce. Potrafiącego przyczepić się do czegokolwiek bo tak. Nie skomentował jednak w żaden sposób tych rozkazów, przemyśleń. Nie wtrącił swoich trzech groszy, chociaż na pewno wymyślił co zrobiłby na jego miejscu. Zwyczajnie go pocałował. Z całą tą mocą człowieka pełnego gniewu, irytacji, głodnego drugiego mężczyzny i w gotowości wejścia mu na moment w paradę. Mocno, ujmując jedną z dłoni jego podbródek, pierwszy raz od dawna mając w sobie tyle dominującej energii przy jednoczesnym braku podważania czyichkolwiek rozkazów. Komuś, kto go nie zdążył poznać wydawać by się mogło pewnie, że się w jakimś stopniu wyleczył z tego co go męczyło od końca sierpnia. Nic bardziej mylnego. Cofnął się kilka kroków w tył i zrobił fikołka. Może nawet pięć.
- Yes, Sir - powiedział swobodnie, zupełnie jakby przed momentem nie oblizał mu wargi stojąc przy bocznej ścianie docelowego budynku. Nie odsunął się od niego, bo musiał zrobić coś jeszcze. W czasie, w którym wymusił połączenie ich ust, wyciągnął z kieszeni czarno-szarą arafatkę i tak - wcisnął mu ją do rąk. - Kazano mi przekazać, że wszyscy pracownicy New Forest mają zasłonić nos i usta. - Pocałował go jeszcze raz, tym razem w czubek nosa. To było ledwie muśnięcie, dobitnie przypominające o tym, jak łatwo mu było popadać w skrajności. Z uczucia wyobcowania płynnie przechodził do narzucania się. Z agresji i dominacji do delikatności. Z umiłowania życia do absolutnego braku jego poszanowania. Tylko jedna rzecz była w nim stała, wyjątkowo dostrzegalna kiedy znów zniknął wraz ze światem powietrza i zakrzywieniem światła - był gorący. Był wulkanem pełnym emocji i ciepła. Mógł przed chwilą wpatrywać się w nicość i gubić myśli, ale dalej mu było do chłodnego, analitycznego umysłu, niż do gwiazd, w które wpatrywał się z takim zaciekawieniem. Był z całą pewnością postrachem Ścieżek, tym samym człowiekiem, któremu nie bez powodu schodziło się z drogi, a teraz, kiedy się go miało przy sobie dłużej... Widziało się to. Jak przed zniknięciem odwraca spojrzenie żeby jeszcze raz spojrzeć na twarz kogoś, dla kogo w ogóle te rzeczy robił. Był tak pewny siebie w tym jak manipulował innymi, ale prawda była przecież taka, że te wszystkie uczucia tryskające z niego jak lawa formowały się w smycz. Wiele osób próbowało rozpracowywać go przez lata, a oto była podana jak na tacy największa o nim prawda, poszukiwana przez nią słabość Crowa - toksyczna, silna miłość, dla której był w stanie zrobić naprawdę wiele, byle mieć pewność o byciu najważniejszym kwiatuszkiem na łące czyjegoś życia. Pewnie ciężko było to zrozumieć, kiedy jego była dziewczyna zasłynęła z obcinania palców obcęgami.
Nie było żadnego kocham cię, zamiast tego zostawił go z bardzo głośną, fizyczną wiadomością. I uprawnieniem się, że dom tego całego Vincenta był w ogóle bezpieczny - otworzył drzwi naciskając na klamkę, bez pukania. Dopiero po tym pozostawił Prewetta z zimnym bokiem i szumem wiatru znoszącego mu tutaj widmo śmierci.
Frustracja narastała.
Był bezużytecznym śmieciem, ale żadne to przecież było odkrycie. Zawsze wiedział, że coś z nim było nie tak, zawsze wiedział w kogo winien był ukierunkować największą porcję żyjącej w nim niechęci. Tamte fantazje o byciu kimś, kto wyciągnie Laurenta z dna były całkiem słodkie, ale pozostawały fantazjami, prawda? Jego umysł znów przedstawił wajchę - on nikogo z dna nie wyciągał, ale potrafił pokazać, że na tym dnie wciąż można było dobrze się bawić. Musiał kiedyś wziąć się w garść, albo oboje utopią się w nicości. Ta nijakość wydawała mu się gorsza niż martwe powietrze na dnach jaskiń. Zabijała powoli, obierała nieuczciwe taktyki.
Crow napiął się i zabrał rękę, ale nie po to, żeby stąd zniknąć, żeby uciekać spojrzeniem. Wręcz przeciwnie, stał wyprostowany, jakoś nadmiernie pewny siebie i objął go tą zabraną ręką w pasie, żeby w ten sposób przenieść ich w miejsce, w którym Laurent zażyczył sobie się znaleźć. Całkiem szybko, sprawnie, nawet jak na to jak momentami potrafił być przygłupi - nieco drgnął słysząc imię Alexander, bo dopiero po chwili dotarło do niego, że mówi o swoim pracowniku, a nie o jego bracie. Pomyłka oderwała go jednak na moment od New Forest. No bo... Te chmury szły z Londynu i...
Wyprostował się jeszcze bardziej.
Flynn lubiący wylegiwać się w słońcu, wygrzewający się jak kot na blaszanym dachu, powolny, wiecznie w pozycji horyzontalnej, często się garbił. Ale teraz tego nie robił. Swoją postawą przypominał siebie ze Ścieżek i wraz z postawą, napięciem w mięśniach, wróciła jego zadziorność. To był ten wyraz twarzy człowieka lubiącego się kłócić. Zawodzącego na manowce. Potrafiącego przyczepić się do czegokolwiek bo tak. Nie skomentował jednak w żaden sposób tych rozkazów, przemyśleń. Nie wtrącił swoich trzech groszy, chociaż na pewno wymyślił co zrobiłby na jego miejscu. Zwyczajnie go pocałował. Z całą tą mocą człowieka pełnego gniewu, irytacji, głodnego drugiego mężczyzny i w gotowości wejścia mu na moment w paradę. Mocno, ujmując jedną z dłoni jego podbródek, pierwszy raz od dawna mając w sobie tyle dominującej energii przy jednoczesnym braku podważania czyichkolwiek rozkazów. Komuś, kto go nie zdążył poznać wydawać by się mogło pewnie, że się w jakimś stopniu wyleczył z tego co go męczyło od końca sierpnia. Nic bardziej mylnego. Cofnął się kilka kroków w tył i zrobił fikołka. Może nawet pięć.
- Yes, Sir - powiedział swobodnie, zupełnie jakby przed momentem nie oblizał mu wargi stojąc przy bocznej ścianie docelowego budynku. Nie odsunął się od niego, bo musiał zrobić coś jeszcze. W czasie, w którym wymusił połączenie ich ust, wyciągnął z kieszeni czarno-szarą arafatkę i tak - wcisnął mu ją do rąk. - Kazano mi przekazać, że wszyscy pracownicy New Forest mają zasłonić nos i usta. - Pocałował go jeszcze raz, tym razem w czubek nosa. To było ledwie muśnięcie, dobitnie przypominające o tym, jak łatwo mu było popadać w skrajności. Z uczucia wyobcowania płynnie przechodził do narzucania się. Z agresji i dominacji do delikatności. Z umiłowania życia do absolutnego braku jego poszanowania. Tylko jedna rzecz była w nim stała, wyjątkowo dostrzegalna kiedy znów zniknął wraz ze światem powietrza i zakrzywieniem światła - był gorący. Był wulkanem pełnym emocji i ciepła. Mógł przed chwilą wpatrywać się w nicość i gubić myśli, ale dalej mu było do chłodnego, analitycznego umysłu, niż do gwiazd, w które wpatrywał się z takim zaciekawieniem. Był z całą pewnością postrachem Ścieżek, tym samym człowiekiem, któremu nie bez powodu schodziło się z drogi, a teraz, kiedy się go miało przy sobie dłużej... Widziało się to. Jak przed zniknięciem odwraca spojrzenie żeby jeszcze raz spojrzeć na twarz kogoś, dla kogo w ogóle te rzeczy robił. Był tak pewny siebie w tym jak manipulował innymi, ale prawda była przecież taka, że te wszystkie uczucia tryskające z niego jak lawa formowały się w smycz. Wiele osób próbowało rozpracowywać go przez lata, a oto była podana jak na tacy największa o nim prawda, poszukiwana przez nią słabość Crowa - toksyczna, silna miłość, dla której był w stanie zrobić naprawdę wiele, byle mieć pewność o byciu najważniejszym kwiatuszkiem na łące czyjegoś życia. Pewnie ciężko było to zrozumieć, kiedy jego była dziewczyna zasłynęła z obcinania palców obcęgami.
Nie było żadnego kocham cię, zamiast tego zostawił go z bardzo głośną, fizyczną wiadomością. I uprawnieniem się, że dom tego całego Vincenta był w ogóle bezpieczny - otworzył drzwi naciskając na klamkę, bez pukania. Dopiero po tym pozostawił Prewetta z zimnym bokiem i szumem wiatru znoszącego mu tutaj widmo śmierci.
// porywczy I, translokacja ◉◉◉◉○, wyuzdany I, kokieteria I
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.