Był to jeden z tych wyjątkowych dni. Słońce wydawało się świecić jaśniej niż zwykle, pogoda dopisywała, było zdecydowanie cieplej niż każdego, innego marcowego dnia. Jakby cały świat wiedział, że to będzie dzień inny niż wszystkie inne. Nie wiedzieć czemu. Wszystko wokół świadczyło o tym, że coś niesamowitego się dzisiaj wydarzy.
Yaxleyówna znalazła się na boisku dość wcześnie. Miała w zwyczaju tak robić. Śniadanie? Raczej nie wydawało jej się potrzebne, chwyciła coś w locie nim znalazła się w miejscu, które najbardziej kochała. W końcu tutaj mogła być sobą, nikomu nie przeszkadzały jej niebieskie włosy, czy dość kontrowersyjny wygląd. Liczyły się tylko i wyłącznie jej wyjątkowe umiejętności związane z lataniem na miotle.
Właśnie dlatego uwielbiała boisko. Mogła być tutaj sobą, nikt jej nie oceniał, nikt nie czepiał się podejmowanych przez nią decyzji, raczej wszyscy wydawali się je akceptować, nie dało się nie zauważyć, że kiedy znajdowała się na miotle zawsze wiedziała, co ma robić. Nie bez powodu została ścigającą, mało kto mógł ją dogonić, co w tym przypadku było ogromną przewagą.
Latała niemalże cały poranek. Musiała się rozgrzać, żeby nie daj Morgano nie pokazać się z gorszej strony. Musiała być w formie - zawsze. To było dla niej najważniejsze, może niczym innym się szczególnie nie przejmowała, jeśli jednak chodziło o quidditch to zawsze podchodziła do niego bardzo poważnie.
Wiatr plątał jej niebieskie włosy, cóż, kolejna zabawa eliksirami na zmianę koloru włosów. Wydawało jej się, że tym razem wyszło nie najgorzej, chyba lepiej było jej w tym niebieskim niż różowym, o który pokusiła się ostatnim razem. Może ten błękit nieco gryzł się z jej czerwoną peleryną, ale idealnie pasował do oczu dziewczyny. Coś za coś. Nie można było mieć wszystkiego, prawda?
Dostrzegła go, kiedy tylko pojawił się na boisku. Nie dało się nie zauważyć tej jasnej czupryny, którą wiatr rozwiewał we wszystkie strony, wydawała się nabierać zupełnie nowego blasku w świetle tego wiosennego słońca. Serce zabiło jej szybciej, ale chyba nie powinno, czyż nie? Przyjaźnili się z Ambroisem od lat, grali w jednej drużynie, mogli sobie ufać, nie powinna na niego patrzeć w ten sposób, ale jednak to robiła. Nie miała pojęcia, kiedy się to zaczęło, kiedy serce zaczęło jej szybciej bić, gdy zaczął pojawiać się tuż obok. Starała się to ignorować, udawać, że tego nie widzi, jednak jak długo właściwie mogła się oszukiwać? Wiedziała, że ma ją tylko za przyjaciółkę, nie zamierzała tego zmieniać, zamiast tego wolała się skupić na tym, aby nadal świetnie dogadywali się podczas gry, jak i poza boiskiem. Ceniła jego obecność, wiedziała, że zawsze może na niego liczyć, dlatego też chowała bardzo głęboko swoje uczucia.
Przecież był bożyszczem, nigdy nie spojrzałby na kogoś takiego jak ona. Miała oczy, wiedziała, jak to wszystko wygląda. Wiedziała, gdzie było jej miejsce.
Zamiast mu odmachiwać zniżyła tor swojego lotu i zatrzymała się tuż przed nim, całkiem zgrabnie. Przywitała go ogromnym uśmiechem, co nie było niczym nadzwyczajnym - zawsze w ten sposób reagowała na jego obecność. Policzki miała rumiane od wiatru, ale, czy na pewno tylko od niego? Cóż, musiała się uspokoić, wiedziała, że nie powinna reagować inaczej niż zwykle na jego obecność, ale prezentował się tak niesamowicie, że trudno było być na to obojętnym. Wiatr rozwiewał jego jasne włosy, zawiesiła wzrok na krótką chwilę na jego klatce piersiowej, nie dało się dostrzec przez tą obcisłą koszulkę tych wyraźnie zarysowanych mięśni... Nie dziwiła się, że był ulubieńcem tłumów.
- Tak się składa, że sama go zastosowałam. - Odruchowo spojrzała na końcówki swoich włosów. Czyżby nie podobał się mu ich kolor? Nie, że powinno ją to obchodzić, ale może trochę obchodziło? - Nie podobają ci się? - Głos jej zadrżał, może faktycznie to była przesada. Lubiła się wyróżniać i wzbudzać kontrowersje, bo wiedziała, że i bez tego ludzie lubili gadać o tym, jaka to była dziwna, czyżby tym razem przegięła?