05.04.2025, 21:46 ✶
| — Nie, nie! W porządku... Możemy... Możemy porozmawiać — zapewnił gorączkowo, starając się jakoś zyskać w oczach czarownicy. No właśnie, najpierw trzeba się tam doczołgać, żeby coś zjeść, skomentował bezgłośnie Elias, postanawiając jednak nie psuć idyllicznej wizji dziewczyny na temat smacznych posiłków z Rejwachu. W gruncie rzeczy jako turystkę mogły ją obowiązywać nieco inne zasady na Nokturnie. Owszem, każdy, kto się zapuszczał w tamte rejony, musiał poniekąd zaakceptować, że ryzykuje utratą portfela lub drobnym poturbowaniem (w najlepszym wypadku), ale nawet lokalne złodziejaszki wiedziały, że są osoby, których po prostu się nie tyka, bo można sobie narobić problemów. Donos od zagubionej turystyki połączony z bandą Brygadzistów pragnących się wykazać mógł z powodzeniem równać się dodatkowym patrolom na Alei Śmiertelnego Nokturnu. Oni chyba tam tego nie lubią, pomyślał przelotnie, zatrzymując jednak i ten komentarz dla siebie. Nie czuł potrzeby się powtarzać; dosyć konkretnie wskazał, że ta dzielnica nie była bezpiecznym miejscem na początek przygody z magicznym Londynem. Reszta należała do Keyleth i tego, czy zamierzała sprawdzać, jak dużą szczęściarą była. — Ekhm. Bardzo mi... przykro? Ten... frute-rianizm… brzmi jak straszna choroba — wymamrotał pod nosem, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Brzmiało to dosyć egzotycznie, jednak nie bardzo potrafił to powiązać z jakąś znaną mu chorobą. Musiałby popytać wśród znajomych; może oni byliby w stanie rzucić nieco światła na tę sprawę. — Problemy z jedzeniem ciężko przetrwać. Tym razem mówił prosto z serca. Od dłuższego czasu borykał się z problemami na podłożu metabolicznym, które pomimo interwencji znajomych lekarzy i paru aptekarzy dalej nie odpuszczały. Pierwsze terapie lekowe nie były najprzyjemniejsze, a do tego Bletchley był przekonany, że nawet zepsuły mu coś w żołądku... Koniec końców ostateczna diagnoza też nie napełniła nikogo wielkimi nadziejami. Taki organizm. Taka uroda. Jak dobrze, że nie musiał zażywać na co dzień sporych dawek eliksirów, bo nieliczne oszczędności wydałby na dodatkowe porcje eliksirów leczniczych. — Nie, nie zmuszają — potwierdził z wyraźnym zadowoleniem w głosie. Tylko by spróbowali go wypchnąć na główną salę sprzedażową. — Właściwie to praktycznie w ogóle nie obsługuje klientów. Dzisiejszy dzień był raczej... wyjątkiem od reguły. Nie przepadam za tym. Wolę spędzać czas na tyłach zakładu w pracowni. Wzruszył sztywno ramionami. Owszem, potrafił przekazać rzeczowe informacje na temat wyrobów ''Szklanej Alchemii'' i powiedzieć co nieco procesie rzemieślniczym, ale nie był odpowiednią osobą do tego, aby wciskać bogatym czarownicom najdroższe szklane żyrandole. Nieco lepiej radził sobie w terenie, kiedy faktycznie jeździł na wyceny do lokali mieszkalnych czy usługowych, jednak wynikało to w dużej mierze z tego, że klientela była już zdecydowana na konkretny rodzaj usługi. Wtedy zależało im właśnie na specjalistycznym i rzeczowym podejściu do sprawy. — Jakiś czas temu zaczęliśmy pracować nad zestawem szklanymi rzeźbami ogrodowymi. Mniej więcej po metr sześćdziesiąt — przypomniał sobie Bletchley, oddychając z ulgą, gdy przeszli na nieco bardziej komfortowy dla niego temat. — Standardowe szkło, po prostu nieco wzmocnione. Klientowi zależało na jakościowym wykonaniu, bo wymyślił sobie, że znajdzie jakiegoś zaklinacza, które będzie w stanie je zaczarować w taki sposób, aby odgrywały sceny historycznych pojedynków na tyłach jego rezydencji. — Uśmiechnął się krzywo. Bogacze i ich fantazje. — Przyjemna robota, chociaż drobiazgowa. |