06.04.2025, 17:21 ✶
Nieco przerażała ją apatia w której trwał chłopak, jego nieobecny wzrok był zupełnie inny od tego, który przyszło jej widywać, gdy odpływał myślami. Ten był jakby martwy, pusty - rozpalający wszystkie czerwone lampki, które jasno głosiły, że jest nie tak, nie tak jak być powinno. I było. To jak bardzo przyszło do niej z jego pierwszymi słowami. Jej usta ułożyły się w nieme pytanie, aczkolwiek nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie rozumiała gdzie zawędrowały jego myśli, do której komnaty wspomnień wpadły. Gdy był tu jedynie ciałem, a jego umysł odciął się skutecznie od otaczającej go rzeczywistości, a świat rzeczywisty przeciekał w zniekształconej formie. Gdy się skulił, gdy drgnął jakoby chciał uciec, gdy z jego ust wypadła odpowiedź na nigdy niezadane pytanie - poczuła zarówno ból, co i złość. Nie mogła mu pomóc, nie mogła rozszarpać koszmaru który ewidentnie trwał, nie rozumiała - ale wiedziała, że nie musiała rozumieć, próbując zagasić pożar, jaki wybuchł w jego umyśle. A jednak chciała, chciała wiedzieć, znać każdą drzazgę w jego duszy, każdy element który sprawił, że Baldwin Malfoy był tym kim był. Każdy krok, każde potknięcie, każdy upadek. Każdy raz gdy musiał się podnosić. Ale to nie był ten czas - i chociaż nie wierzyła w nieodpowiednie momenty, teraz najważniejsze było go wyciszyć, spróbować ściągnąć do tu i teraz, spróbować zerwać szkarłatne wstęgi bodźców, które oplatały szczelnie chłopaka..
I chyba jej się to udawało. Z każdą chwilą Baldwin zdawał się z początku wygaszać, acz nie w ten przerażający sposób. Czuła opuszki jego palców. Wróć do mnie, Min Kaejre.
Przymknęła ślepia, gdy ich wargi się zetknęły, a z jego ust chwilę później wypadły pierwsze słowa. Słowa, które przyniosły odetchnięcie. Wracał.
-Shh... to nic... - szepnęła, chcąc wygasić temat. To nie był dobry czas aby nad tym dywagować. Mógł czy nie mógł, chciał czy nie, to nie miało teraz znaczenia. Nie chciała drążyć, nie teraz, gdy groziło to wepchnięciem go w kolejny wir myśli, utraceniem go ponownie. Musiała utrzymać go tu i teraz, przy niej, nie pozwolić odbiec nigdzie dalej, wyciszyć.
Zostawiła, chociaż przez moment przez myśl przebiegło jej, aby ugrupować ich przedszkole i chociażby pozornie doprowadzić ich do porządku. Chociaż czy miałaby serce to zrobić? Pewnie nie. Mogła jedynie dziękować, że Linda żyje i jest zdrowa, w końcu ostatecznie każdy trafiał do nieba?
Przez moment w jej głowie zastygło pytanie czy jeśli tej nocy umrze, to czy ona również wróci tu, na ulicę horyzontalną do zdewastowanego mieszkania w którym kiedyś tętniło życie. I wtedy jej duch będzie zasiadał na wyłamanym parapecie, wyglądając przez okno. Licząc myśli, wyobrażając sobie świat w którym jest ich tam dwoje.
To tu, na zgliszczach małego skrawku nieba, przyszło im po raz ostatni oderwać się od otaczającej ich rzeczywistości.
Grzecznie usadziła się na jego kolanach, a jej myśli na powrót osiadły na sylwetce Malfoya.
Delikatnie oplotła go dłońmi, wtulając go w siebie. Po raz ostatni pozwalając, aby ich skrawek nieba mógł odebrać jej cały świat, zmazać go, utopić bezlitośnie. Aby po raz ostatni świat wokół nich przestał istnieć, jak za każdym razem, gdy zalegając na parapecie, skąpani w promieniach słońca, byli jedynym co istniało i jedynym co istnieć miało prawo. Przesiąknięci sobą do krwi. I chociaż ten raz różnił się od tych wszystkich razy to jednak wciąż był wyjątkowy, a może... może nawet bardziej od tych wszystkich poprzednich.
To miłe - przymknęła oczy, a na jej ustach pojawił się delikatny, ciepły uśmiech. Musnęła wargami jego głowę, wtulając nos we włosy, które teraz pachniały ogniem. Nie pachniał ani ją, ani sobą, a tragedią która tego dnia zastukała do ich drzwi. I chociaż tak było, przez ten krótki moment, gdy trwali zawieszeni w czasie na łazienkowych kafelkach - czuła spokój. Bo jej spokój nosił jego imię. Imię jego dłoni, jego ciepła.
Nie wiedziała ile czasu spędzili, okryci sobą skrzętnie, odcięci od bodźców z zewnątrz - wiedziała jedynie, że nie mogło to trwać wiecznie, nawet jeśli wizja śmierci w jego ramionach była niczym najczulsze otarcie policzka. Chciała dać mu czas, czas aby mógł się wygasić, wyciszyć - nim powrócą tam, gdzie wracać wcale nie chciała.
Gdy się poruszył, odchyliła głowę, aby ocenić żywość błękitu jego tęczówek. Czule pogładziła jego policzek, delikatnie muskając wargami jego czoło, potem nos, a na końcu usta, na których zastygła dłuższy moment. Było lepiej, znacznie lepiej.
Nie chciała tego mówić, nie chciała wracać, chciała zastygnąć w tej chwili na wieki, zapętlić się w niej i przeżywać od nowa.
-Musimy iść - szepnęła, a błękit jej spojrzenia pochwycił chmurne niebo jego tęczówek.
I chyba jej się to udawało. Z każdą chwilą Baldwin zdawał się z początku wygaszać, acz nie w ten przerażający sposób. Czuła opuszki jego palców. Wróć do mnie, Min Kaejre.
Przymknęła ślepia, gdy ich wargi się zetknęły, a z jego ust chwilę później wypadły pierwsze słowa. Słowa, które przyniosły odetchnięcie. Wracał.
-Shh... to nic... - szepnęła, chcąc wygasić temat. To nie był dobry czas aby nad tym dywagować. Mógł czy nie mógł, chciał czy nie, to nie miało teraz znaczenia. Nie chciała drążyć, nie teraz, gdy groziło to wepchnięciem go w kolejny wir myśli, utraceniem go ponownie. Musiała utrzymać go tu i teraz, przy niej, nie pozwolić odbiec nigdzie dalej, wyciszyć.
Zostawiła, chociaż przez moment przez myśl przebiegło jej, aby ugrupować ich przedszkole i chociażby pozornie doprowadzić ich do porządku. Chociaż czy miałaby serce to zrobić? Pewnie nie. Mogła jedynie dziękować, że Linda żyje i jest zdrowa, w końcu ostatecznie każdy trafiał do nieba?
Przez moment w jej głowie zastygło pytanie czy jeśli tej nocy umrze, to czy ona również wróci tu, na ulicę horyzontalną do zdewastowanego mieszkania w którym kiedyś tętniło życie. I wtedy jej duch będzie zasiadał na wyłamanym parapecie, wyglądając przez okno. Licząc myśli, wyobrażając sobie świat w którym jest ich tam dwoje.
To tu, na zgliszczach małego skrawku nieba, przyszło im po raz ostatni oderwać się od otaczającej ich rzeczywistości.
Grzecznie usadziła się na jego kolanach, a jej myśli na powrót osiadły na sylwetce Malfoya.
Delikatnie oplotła go dłońmi, wtulając go w siebie. Po raz ostatni pozwalając, aby ich skrawek nieba mógł odebrać jej cały świat, zmazać go, utopić bezlitośnie. Aby po raz ostatni świat wokół nich przestał istnieć, jak za każdym razem, gdy zalegając na parapecie, skąpani w promieniach słońca, byli jedynym co istniało i jedynym co istnieć miało prawo. Przesiąknięci sobą do krwi. I chociaż ten raz różnił się od tych wszystkich razy to jednak wciąż był wyjątkowy, a może... może nawet bardziej od tych wszystkich poprzednich.
To miłe - przymknęła oczy, a na jej ustach pojawił się delikatny, ciepły uśmiech. Musnęła wargami jego głowę, wtulając nos we włosy, które teraz pachniały ogniem. Nie pachniał ani ją, ani sobą, a tragedią która tego dnia zastukała do ich drzwi. I chociaż tak było, przez ten krótki moment, gdy trwali zawieszeni w czasie na łazienkowych kafelkach - czuła spokój. Bo jej spokój nosił jego imię. Imię jego dłoni, jego ciepła.
Nie wiedziała ile czasu spędzili, okryci sobą skrzętnie, odcięci od bodźców z zewnątrz - wiedziała jedynie, że nie mogło to trwać wiecznie, nawet jeśli wizja śmierci w jego ramionach była niczym najczulsze otarcie policzka. Chciała dać mu czas, czas aby mógł się wygasić, wyciszyć - nim powrócą tam, gdzie wracać wcale nie chciała.
Gdy się poruszył, odchyliła głowę, aby ocenić żywość błękitu jego tęczówek. Czule pogładziła jego policzek, delikatnie muskając wargami jego czoło, potem nos, a na końcu usta, na których zastygła dłuższy moment. Było lepiej, znacznie lepiej.
Nie chciała tego mówić, nie chciała wracać, chciała zastygnąć w tej chwili na wieki, zapętlić się w niej i przeżywać od nowa.
-Musimy iść - szepnęła, a błękit jej spojrzenia pochwycił chmurne niebo jego tęczówek.