08.04.2025, 17:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2025, 17:59 przez Millie Moody.)
Po chwili była pewna, że jest źle. Po chwili była pewna, że będzie jeszcze kurwa gorzej. Papcio Morfina im mówił, ale czy on nie mówił o samej Dolinie? Że Dolina będzie miała przejebane? Mogła go lepiej słuchać, mogła zmusić Thomasa, żeby dziergał dla niej ognioodporne płaszcze jeszcze zanim to się wszystko zaczęło. Czemu zakładali, że było jeszcze czasu? Czemu zakładali, że ich to aż tak nie dotyczy, że sobie super zajebiście poradzą? Czemu czemu czemu? To nie miało teraz znaczenia. Rzuciła się do drzwi kamienicy i pognała na właściwe piętro. Otworzyła drzwi do mieszkania i na ślepo, na głucho, na nie wiem kto jest w domu wrzeszczała:
– Alastor!? Alik jesteś, czy już wyszedłeś? Alik kurwa zaczęło się! – wrzeszcząc ile sił miała w gardle, przebiegła przez hal i wbiegła do swojego pokoju. Ten był zagracony jak zawsze, ciuchy leżały w kupkach na podłodze, zamiast w szafie, na szafce nocnej jej kubek z herbatą najprawdopodobniej wymyślił już własną cywilizację i kodeks na twardych herbacianych tabliczkach. Dodatkowa warstwa kurzu pokrywała przestrzeń, bo w sumie była tu ostatnio na początku września. Miasto jej nie służyło, w sumie po Lammas przeniosła się do Bertiego, ale tam w Dolinie z kolei kurwa mać też nie było wybitnie, bo za bardzo okolice przypominały jej Lecznicę Dusz (która było, nie było) znajdowała się po sąsiedzku do rancza ich bogatego kumpla. Z drugiej strony - może to i dobrze, że jej tu nie było, że nie porozpierdalała tego, po co chciała sięgnąć. Spod łóżka wyciągnęła swoje skarby: skórzaną torbę pełną fantów z Lammas i innych jakiś tam gadżetów pozbieranych przy okazji po ludziach. Czapka ochraniająca łeb od zaklęć w plecy, to mogło się przydać, biedacka peleryna niewidka też. Jakieś eliksiry... na szybko nie potrafiła ich rozróżnić, nie było to w końcu ważne, nie tak jak fakt, że miała je pod ręką. Jakieś tam zaskórniaki. Jej szkicownik i garść ołówków. Niewielki słoiczek ze złotym woskiem. Kadzidło i świeczki na uspokojenie mózgu, talia tarota. Paczka fajek. Wybitnie przydatne, gdy świat miał stanąć w ogniu, ale niczego nie wyrzucała, raczej DORZUCAŁA.
Brat nie odpowiedział, tymczasem ona dalej się darła:– Effie wypierdalaj z Londynu natychmiast! Teleportuj się gdzieś kurwa nie wiem, nad morze. NATENKURWATYCHMIAST! – Nie była nawet pewna czy kuzynka była w domu, może wcale jej nie było? W sumie nigdy jakoś wybitnie się nie lubiły, a eteryczna, pierdząca tęczą dziewuszka zdawała się być doskonałym obiektem żartów, kiedy Miles miała gorszy humor (czyli zasadniczo stanowczo zbyt często). Moody finalnie nie dbała o to, czy dziewczyna jej uwierzy, czy nie uwierzy, choć rzeczywiście mogła mieć białogłowa wątpliwości przez ilość psot wymierzonych w jej stronę przez lata wspólnej koegzystencji. – Nie żartuje kurwa, nie patrz w karty, tylko wyjrzyj przez okno. Będzie tylko gorzej. – Odruchowo obróciła kubek z herbatą, który znalazła w kuchni i wypiła jego zawartość. Czyja to była herbata? Od jak dawna stała? Nie ważne. Liczył się fusy... liczyło się to, czy być może wyjrzy spomiędzy nich Ponurak...
Zamrugała oczami, przyjmując los na klatę, lecz strząsając wszystkie myśli, które mogłyby się przylepić do wróżby na dzisiejszą "zabawę". – Skup się dupo wołowa... – sarkała na siebie, rękawem przejeżdżając po wilgotnych wargach swojego najprawdopodobniej ostatniego posiłku. Co jeszcze? Co jeszcze? Pół butelki bimbru, pieprzona apteczka obrośnięta pajęczyną... W panice rozglądała się po mieszkaniu, zgarnęła z szafki zdjęcie mamy, to z ojcem pozostawiając w szczerym wyjebaniu. Wszystko, wszystko do torby, damska torebka jest czarną dziurą wiadomo. Na kartce nabazgrała kilka słów i nieco może bezmyślnie wysłała sowę kuzynki do Dumbledora informując go elokwentnie o swoich odczuciach dotyczących obecnej sytuacji w stolicy, bo jej kruk był w Księżycowym. Nie była strategiem, nie pamiętała jakie były rozkazy. Ale Alastor będzie wiedział, to dawało jej nadzieję i jeszcze bardziej wyostrzało azymut, który pragnęła obrać. Do swojego bieguna, do latarni pośród sztormów piekła, jakie zaraz miało się rozpętać. Do Alastora.
Ładując do swojej listonoszówki szpargały, zastanawiała się przez ułamek sekundy, czy to się rzeczywiście działo? Może to tylko bardzo... bardzo zły sen? Nie zamierzała sprawdzać tego, biorąc koszmar na przeczekanie. Trzeba było dealować z zastaną rzeczywistością, jak bardzo pojebana by nie była. To nie był w końcu podmorski ogród, którym uraczyła ją i Basiliusa jebnięta selkie. To nie były koszmary pełzające po ścianach Lecznicy Dusz.
Ogień. Raz dała mu radę. Jakoś. Da sobie radę i teraz. Afirmacja tego, że jest karaluchem i da sobie radę, wjechała na pełnej. Czy w kolejce następnym żywiołem próbującym ją zabić nie była przypadkiem woda? Zachichotała na wpół obłąkanie, cóż, umówmy się Moody nie była do końca normalna. Miała na to papiery.
Finalnie już wychodziła, ale złociste oczy osiadły na magicznej miotle. Przełknęła ślinę i złapała mocno jej trzonek, jakby od tego miało zależeć nie tylko jej życie.
– Ty się możesz dzisiaj przydać. Nie zostawię Cię tu. – wyszeptała, tłumiąc drżenie głosu, jakby nawet nie mówiła do miotły, tylko do samej siebie, po czym wybiegła z mieszkania, chcąc jak najszybciej dostać się do Loftu, do Alastora.
edit: zapomniałam o dopisaniu na dole, że korzystam z przewag i zawad: Wróżbiarstwo, Bezsenność (posiadanie kadzideł i świec na uspokojenie), Porywcza (randomowe wrzucanie rzeczy w panice, niekoniecznie przydatnych do przetrwania)
– Alastor!? Alik jesteś, czy już wyszedłeś? Alik kurwa zaczęło się! – wrzeszcząc ile sił miała w gardle, przebiegła przez hal i wbiegła do swojego pokoju. Ten był zagracony jak zawsze, ciuchy leżały w kupkach na podłodze, zamiast w szafie, na szafce nocnej jej kubek z herbatą najprawdopodobniej wymyślił już własną cywilizację i kodeks na twardych herbacianych tabliczkach. Dodatkowa warstwa kurzu pokrywała przestrzeń, bo w sumie była tu ostatnio na początku września. Miasto jej nie służyło, w sumie po Lammas przeniosła się do Bertiego, ale tam w Dolinie z kolei kurwa mać też nie było wybitnie, bo za bardzo okolice przypominały jej Lecznicę Dusz (która było, nie było) znajdowała się po sąsiedzku do rancza ich bogatego kumpla. Z drugiej strony - może to i dobrze, że jej tu nie było, że nie porozpierdalała tego, po co chciała sięgnąć. Spod łóżka wyciągnęła swoje skarby: skórzaną torbę pełną fantów z Lammas i innych jakiś tam gadżetów pozbieranych przy okazji po ludziach. Czapka ochraniająca łeb od zaklęć w plecy, to mogło się przydać, biedacka peleryna niewidka też. Jakieś eliksiry... na szybko nie potrafiła ich rozróżnić, nie było to w końcu ważne, nie tak jak fakt, że miała je pod ręką. Jakieś tam zaskórniaki. Jej szkicownik i garść ołówków. Niewielki słoiczek ze złotym woskiem. Kadzidło i świeczki na uspokojenie mózgu, talia tarota. Paczka fajek. Wybitnie przydatne, gdy świat miał stanąć w ogniu, ale niczego nie wyrzucała, raczej DORZUCAŁA.
Brat nie odpowiedział, tymczasem ona dalej się darła:– Effie wypierdalaj z Londynu natychmiast! Teleportuj się gdzieś kurwa nie wiem, nad morze. NATENKURWATYCHMIAST! – Nie była nawet pewna czy kuzynka była w domu, może wcale jej nie było? W sumie nigdy jakoś wybitnie się nie lubiły, a eteryczna, pierdząca tęczą dziewuszka zdawała się być doskonałym obiektem żartów, kiedy Miles miała gorszy humor (czyli zasadniczo stanowczo zbyt często). Moody finalnie nie dbała o to, czy dziewczyna jej uwierzy, czy nie uwierzy, choć rzeczywiście mogła mieć białogłowa wątpliwości przez ilość psot wymierzonych w jej stronę przez lata wspólnej koegzystencji. – Nie żartuje kurwa, nie patrz w karty, tylko wyjrzyj przez okno. Będzie tylko gorzej. – Odruchowo obróciła kubek z herbatą, który znalazła w kuchni i wypiła jego zawartość. Czyja to była herbata? Od jak dawna stała? Nie ważne. Liczył się fusy... liczyło się to, czy być może wyjrzy spomiędzy nich Ponurak...
Rzut Symbol 1d258 - 257
Kowadło (sumienna praca)
Kowadło (sumienna praca)
Zamrugała oczami, przyjmując los na klatę, lecz strząsając wszystkie myśli, które mogłyby się przylepić do wróżby na dzisiejszą "zabawę". – Skup się dupo wołowa... – sarkała na siebie, rękawem przejeżdżając po wilgotnych wargach swojego najprawdopodobniej ostatniego posiłku. Co jeszcze? Co jeszcze? Pół butelki bimbru, pieprzona apteczka obrośnięta pajęczyną... W panice rozglądała się po mieszkaniu, zgarnęła z szafki zdjęcie mamy, to z ojcem pozostawiając w szczerym wyjebaniu. Wszystko, wszystko do torby, damska torebka jest czarną dziurą wiadomo. Na kartce nabazgrała kilka słów i nieco może bezmyślnie wysłała sowę kuzynki do Dumbledora informując go elokwentnie o swoich odczuciach dotyczących obecnej sytuacji w stolicy, bo jej kruk był w Księżycowym. Nie była strategiem, nie pamiętała jakie były rozkazy. Ale Alastor będzie wiedział, to dawało jej nadzieję i jeszcze bardziej wyostrzało azymut, który pragnęła obrać. Do swojego bieguna, do latarni pośród sztormów piekła, jakie zaraz miało się rozpętać. Do Alastora.
Ładując do swojej listonoszówki szpargały, zastanawiała się przez ułamek sekundy, czy to się rzeczywiście działo? Może to tylko bardzo... bardzo zły sen? Nie zamierzała sprawdzać tego, biorąc koszmar na przeczekanie. Trzeba było dealować z zastaną rzeczywistością, jak bardzo pojebana by nie była. To nie był w końcu podmorski ogród, którym uraczyła ją i Basiliusa jebnięta selkie. To nie były koszmary pełzające po ścianach Lecznicy Dusz.
Ogień. Raz dała mu radę. Jakoś. Da sobie radę i teraz. Afirmacja tego, że jest karaluchem i da sobie radę, wjechała na pełnej. Czy w kolejce następnym żywiołem próbującym ją zabić nie była przypadkiem woda? Zachichotała na wpół obłąkanie, cóż, umówmy się Moody nie była do końca normalna. Miała na to papiery.
Finalnie już wychodziła, ale złociste oczy osiadły na magicznej miotle. Przełknęła ślinę i złapała mocno jej trzonek, jakby od tego miało zależeć nie tylko jej życie.
– Ty się możesz dzisiaj przydać. Nie zostawię Cię tu. – wyszeptała, tłumiąc drżenie głosu, jakby nawet nie mówiła do miotły, tylko do samej siebie, po czym wybiegła z mieszkania, chcąc jak najszybciej dostać się do Loftu, do Alastora.
Koniec sesji
edit: zapomniałam o dopisaniu na dole, że korzystam z przewag i zawad: Wróżbiarstwo, Bezsenność (posiadanie kadzideł i świec na uspokojenie), Porywcza (randomowe wrzucanie rzeczy w panice, niekoniecznie przydatnych do przetrwania)