Yaxleyówna była nieco spaczona przez to, co jej przytrafiło, może nawet nieco bardziej ostrożna niż zwykle, przynajmniej w tej sferze. Bała się mieszania w głowie, wypadałoby, aby coś z tym zrobiła, może czas najwyższy nauczyć się tej skomplikowanej sztuki, jaką była oklumencja. Powinna to rozważyć, może dzięki temu byłaby spokojniejsza? Pytała ojca, czy mógłby polecić jej nauczyciela, może wypadałoby wrócić do tego tematu, kiedy wróci do domu. Z tego, co jej pisał nadal był gdzieś w Szkocji, więc nie był to odpowiedni moment, aby go niepokoić swoimi sprawami. Nie wątpiła bowiem w to, że jeśli tylko go o to poprosi, to na pewno znajdzie jej odpowiedniego nauczyciela, który nie będzie zadawał zbędnych pytań.
- Mam nadzieję, że ta pewność, kiedyś Cię nie zgubi. - W końcu skąd mogli wiedzieć, że to nigdy się nie powtórzy? Tak naprawdę nie do końca wiedzieli, co zaszło w jaskini, czy demon na zawsze zniknął z jej życia? Mogłaby to sprawdzić, tak, udać się w to miejsce, tyle, że tym razem w zupełnie innym gronie, bo jej pierwszy wybór nie okazał się właściwy. Nie spodziewała się tego, że jej towarzysze okażą się być, aż tacy niekompetentni. Miała nadzieję, że szybko ich nie spotka, bo nie do końca potrafiłaby im spojrzeć w oczy po tym, jak się zachowali, gdy znajdowali się pod ziemią. Nie zrozumieli celu, zachowywali się jak ludzie, którzy poszli tam nie wiedząc po co to robią. To było okropnie rozczarowujące, powinna zabrać ze sobą tych, którzy ją znali, którzy wybraliby unicestwienie bestii ponad wszystko inne. Mądra Yaxleyówna po szkodzie, zresztą nie pierwszy raz.
Nie wątpiła, że Roise mógł mieć takie zdanie z konkretnego powodu. Jej również wydawało się, że od razu by poznała, gdyby ktoś w obecności kobiety próbował go udawać. Zbyt wiele lat ze sobą spędzili, łączyła ich więź silniejsza, niż wszystkie inne. Nie powinna więc negować jego założeń. Na pewno by ją rozpoznał, zawsze.
- Tak, potrafił. Najgorsze, że sama go na siebie sprowadziłam, na szczęście, to już chyba za nami. - Niby nie miała pewności, ale nie dochodziły do niej kolejne informacje o tym, co robił jej brat bliźniak, więc może sprawa faktycznie się zakończyła. Naprawdę na to liczyła. Zresztą, gdyby nie Ambroise, to pewnie by jej tutaj nie było. To on był jej największym oparciem, gdy znaleźli się w jaskini. Mimo tego, że w tamtym momencie relacja, która ich łączyła, wcale nie była taka oczywista. Cóż, może nie wszystko skończyło się tak źle. Dzięki temu, że razem opuścili Snowdonię aktualnie znajdowali się w jej łóżku, myśląc o swojej wspólnej przyszłości. Nie ma tego złego...
- Wiem, że jest różnica. To musiałoby być coś, naprawdę, naprawdę, naprawdę wkurzającego. - Sama chyba nie do końca potrafiła sobie wyobrazić taką rzecz, ale to wcale nie oznaczało, że nie mogła sięgać po takie drobne groźby, prawda?
Oczywiście, że miała do niego słabość. Była mu w stanie wybaczyć dosłownie wszystko, tak właściwie to przecież miała całą listę dosyć poważnych przewinień, których nie zamierzała rozgrzebywać i wyciągać. Liczyło się tylko i wyłącznie to, że pomimo tego, co przeżyli udało im się wrócić do tego, co było dla nich najlepsze. Znowu byli razem, mieli nadzieję na wspólną przyszłość, na lepsze jutro. To jej wystarczało, to było wszystkim, czego potrzebowała.
- Jestem i będę, to się nigdy nie zmieni. - Przecież wiedział, chyba wystarczająco udowodniła mu to, jak bardzo jej na nim zależało. Nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości, że cokolwiek mogłoby to zmienić. Ich uczucie było bardzo wyjątkowe, nigdy nie miało jej połączyć nic podobnego z nikim innym. W końcu miało się tylko jedną bratnią duszę na całe życie, miała ogromne szczęście, że trafiła na swoją, że powoli docierało do niej, że ta więź jest naprawdę nierozerwalna.
Nawet gdy nie było między nimi dobrze, wiedziała, że nie da się tego pozbyć. Tak, czy siak ją do niego ciągnęło, od ich losy przeplatały się od dawna, ciągnęło ich do siebie, nie umieli się trzymać od siebie z daleka. Mieli ku temu dosyć spory powód. Może jeszcze wczoraj nie byli pewni tego, co przyniesie im przyszłość, jednak nareszcie wszystko wróciło do normy, wyklarowało się. Nie sądziła, że jeden poranek może zmienić wszystko, jak widać jednak było to możliwe, chociaż, czy był to tylko i wyłącznie jeden poranek? Właściwie przepychali się przez cały tydzień próbując ustalić, kim mają dla siebie być. Udało im się dobrnąć do momentu, w którym chcieli tego samego.
- Urocze? Przecież ja nie jestem urocza. - Najwyraźniej bardzo dobrze wiedział, że nie powinien brać jej słów na poważnie, zresztą nie było w tym nic dziwnego. Nie byłaby jednak sobą, gdyby tego nie skomentowała.