Zabawa na dnie była tym rodzajem zabaw, po których budziłeś się z obrzyganym kołnierzykiem i wstawałeś na miękkich nogach. Orientowałeś się, że znów jesteś jeden schodek w dół, ale to nic. Skoro zabawa mogła być dobra to mogła trwać dalej. I tak schodzisz coraz niżej, a im niżej jesteś tym ciężej było wrócić. Obrać inny azymut trwania niż ta równia pochyła. Wrócić? To możliwe. Odwrócić się plecami do zepsucia? Tak się da. Czy tak się dało z Flynnem? Laurent chciał wierzyć, że tak. Gdyby w to nie wierzył, nie spróbowałby wskoczyć do nieznajomej sadzawki z tylko na wpół rozwartymi powiekami.
Mógł przestać wierzyć, ale nie przestał wątpić w to, że to, co powie, stanie się ciałem. Może to był jakiś egocentryzm, ale ten przecież nieźle wpasowałby się w Laurenta - najbardziej empatyczny egocentryk, jakiego Matka Woda zrodziła. Tkwiło jakieś przyzwyczajenie do tego nagle skupionego spojrzenia, kiedy kończyły się delikatne gesty, prośby, podchody. Rzeczywistość była klarowna, kiedy każdy wiedział, co miał robić. Laurent wcale nie był przekonany, że to właśnie on najlepiej wiedział, co w takich sytuacjach powinno się czynić, ale jakieś przyzwyczajenie do kryzysu i pewne mundus operandi wpisało się do jego kalendarza codzienności. Tam już zostało. Przyzwyczajenie do tragedii, kiedy już nie myślałeś: och nie, co się dzieje? Myślałeś: ech... znowu. Mógł być niepewny, mógł się wahać, ale tego wahania i niepewności nie mógł okazywać. Flynn miał rację - ludzie nie mogli go takim oglądać. Zdawał sobie z tego sprawę. Ludzie. A... Flynn? Mógł go widzieć w sytuacjach przeróżnych, ta pierwsza porcja strachu i niepewności była jego do oglądania. Teraz Laurent uciekał od emocji myślami. Tkwiła impulsywność w tym działaniu. Przecież wcale nie był specjalistą od zarządzania kryzysami. Żadnym wielkim dowódcą zrzeszającym pod swoim sztandarem ludzi.
Może to nie było nawet takie istotne, skoro był człowiekiem, który był uliczką lampą dla wszystkich ciem.
Zarzucił ręce za ramiona Flynna. Sekunda, w której chciał iść i pukać do drzwi Vincenta została zastąpiona zaskoczeniem, a zaskoczenie szybko przeszło w obezwładniające spełnienie. Przechylający się świat ułożył się z powrotem w równą linię. Ciepło, bezpiecznie, myśl była nieważka - piórko więcej ważyło. A on stał się teraz piórkiem opartym o czyjeś ramiona. Z rękoma skrzyżowanymi za karkiem na tę drobną chwilę. Ta mieszanina energii stworzyła w zbliżającym się chaosie malutką iskrę harmonii. Nawet nie sięgnął dłonią do swoich włosów w wyuczonym odruchu. Uśmiechnął się delikatnie i leniwie rozchylił powieki, spoglądając na lśniącego czarnowłosego. Musiał tego nie dostrzegać w swoim czarno-białym świecie, ale naprawdę bywały te momenty, w których błyszczał, a smutek? Smutek ulatywał. Nawet za cenę braku widzenia kolorów dałby wiele, żeby móc się jeszcze kiedyś zamienić z nim ciałem.
Spojrzał na materiał w swojej dłoni i uśmiechnął mu się pogłębił. Pierwsza myśl była aż nadmiernie banalna - pewnie śmierdzi fajkami. To ostatnie spojrzenie i ostatni uśmiech posłany Flynnowi przed rozstaniem był jednym z najbardziej naturalnych w jego wachlarzu, bo niewykalkulowany. Był pełen emocji, pełen pragnień i marzeń, sięgający łapczywie po płomienne wstęgi boskiej łaski, żeby potem równie łapczywie sięgać ludzi gorących. Bywał impulsywny, poddający się emocjom, pełen trosk. A jednak daleko mu było do osoby wybuchającej jak wulkan. Dalej, niż do gwiazd. Musiał kalkulować. Nawet jeśli te kalkulacje wydawały się potem innym absurdalne, albo był oskarżony, że są podyktowane emocjami. Ten uśmiech jednak wykalkulowany nie był. Niemal nonszalancki, wnoszący iskrę spokoju do niespokojnego świata. Jego własną iskrę. Już dobrze. Na tę chwilę było dobrze, bo został ogrzany.
Vincent prawie zderzył się z Flynnem, kiedy ten wtargnął do jego domu i już trzymał wymierzoną w niego różdżkę. Brat Edwarda za to impulsywny bywał. Znajoma twarz, brak zagrożenia - wszystko było tutaj na swoim miejscu. Laurent nawet nie postawił nóżki nad progiem, dopóki Flynn nie wyszedł. Nie było żadnej przygany ani pytania, że co on robi! Za to była myśl, że to całkiem naturalne. To urocze. Tak powinno być.
- Flynn powiedział, że ta chmura nadciąga znad Londynu. I wygląda, jakby nas... mnie... jakby ten pył był wycelowany we mnie. - Laurent darował sobie "dzień dobry", "spierdalaj" czy "dziękuję". Od razu skierował swoje kroki do salonu i kominka. Myśli Edga powiodły go do Lonydnu. Laurenta też. Powiodły go również do Keswick. - Zasłoń usta. Ten proch może być szkodliwy. - Nawet na pewno był - to śmierdziało czarną magią na kilometr.
Niedługa wymiana zdań pozostawiła Laurenta samego w tym niewielkim domu, obok którego stała hodowla smoczogników. Samotność nigdy nie sprzyjała. Tak się składało, że w życiu bardzo rzadko miewaliśmy warunki szklarniowe. Srebrzysty patronus węża zamigotał w powietrzu, naprężył się, zwinął, przyjął wiadomość i zniknął w rozprysku srebrzysto-błękitnego pyłu. Został skierowany do Atreusa. Laurent odczekał chwilę, wziął głęboki oddech. Powinien myśleć o szczęśliwych wspomnieniach z Flynnem. Ale chyba każde zabarwione było jakąś tragedią. Zamiast tego cofnął się do wspomnienia na plaży - delikatności, zachodu słońca, słodkości pierwszego pocałunku złożonego niemal z obawą, ale z taką chęcią... Kolejny patronus zajaśniał wmiał zajaśnieć w w pomieszczeniu, to charakterystyczne, przyjemne ciepło ostatnich promieni słonecznych łudząco zlewało się z uczuciem pocałunku, który miał miejsce chwilę temu.
- Leć do Victorii. "Co dzieje się w Londynie? Niedługo tam będę u Florence. Jestem bezpieczny." - Była to doza słodkiego kłamstwa, bo wcale nie był pewien, czy był bezpieczny. Miał tu jednak osoby, które o to bezpieczeństwo zadbają. Vincent, oddelegowany chwilowo do Keswick, sprowadzi tu w razie konieczności pomoc. Flynn był na miejscu, Alexander również. Jak na razie nie działo się nic wielkiego.
Usiadł na kanapie i w końcu sięgnął po chustkę Flynna. Tak, oczywiście, że śmierdziała papierosami. Dotknął jej różdżką, by usunąć ten zapach i dopiero wtedy owinął ją wokół twarzy. Poczekał, aż Flynn wróci, chociaż to oczekiwanie było naprawdę trudne. Czasami największym wyzwaniem było... nicnierobienie. Trwanie w bezruchu. Rozdysponowani ludzie robili to, co do nich należy, a ty czekasz. I nic. Nic się nie dzieje. Napięcie teraz już rosło z poczucia zagrożenia, które powinno uderzyć, ale tego nie robiło. Podskoczył wręcz, kiedy usłyszał Flynna wkraczającego z powrotem do domu.
- Powinienem się niepokoić sytuacją? - Która dzieje się tam, na zewnątrz, na który wgląd miał tylko przez okno z salonu Vincenta. A to prowadziło na morze. Pył wpadał do fal. A morze milczało. Poczekał na odpowiedź i dopiero wtedy kontynuował. - Oddelegowałem Vincenta, żeby zajął się New Forest... pod naszą nieobecność. Udamy się do Londynu. - I to też nie była żadna prośba czy propozycja. - Najpierw zabierz mnie do domu. - Przecież musiał się zająć jeszcze Dumą, sowami, Fuego i Migotkiem.
Slaby sukces...
Akcja nieudana