11.04.2025, 16:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2025, 16:58 przez Charles Mulciber.)
Charles nie chciał brnąć w temat zwierząt, bo najwyraźniej mieli na ten temat inne zdanie. Mieli do tego prawo, a i nie było to na tyle ważne, by bronić swoich światopoglądów kłami i pazurami. Podobnie było z Robertem, lecz różnica poglądów wynikała wyłącznie z niewiedzy młodego Mulcibera. Tuląc się do boku Rodolphusa, pozostawał zupełnie nieświadom ogromu działań wuja. Robert był bratem ojca, niemiłym przypomnieniem, że nie byli dla Richarda najważniejsi jako jego dzieci, kolcem w boku, nawet jeśli wyrzucenie z domu wyszło Charlesowi ostatecznie na dobre. Po śmierci, Charlie musiał jednak spojrzeć na wuja inaczej, lecz tylko ze względu na ojca, broniąc jego czci pomimo osobistych uprzedzeń. To była sprawa rodziny i nie było w niej miejsca na osobistą wendettę niemądrego dziecka, które wygadywałoby głupstwa o zmarłym wujku.
Nie naciskał i nie ciągnął tematu, lecz nie pozwolił się odsunąć. Chociaż Rolph poluźnił uścisk, Charles jak zawołanie go pociaśnił, nie pozwalając mu uciec.
-Nie brzmisz, jakbyś był zadowolony z tego powodu. - Mruknął, znów wtulając się w szyję Lestarange'a. Każde słowo mogło łaskotać delikatną skórę, każdy ruch warg i podmuch oddechu stymulować w najdelikatniejszy sposób. Charles nie zastanawiał się, kiedy stał się tak otwarty, tak chętny do bliskości z drugim mężczyzną. W tym przypadku nie chodziło o płeć, a o osobę, z którą dzielił uścisk. - Mam nadzieję, że miała dobry powód. Ale nie musisz mi tego mówić.
Sytuacja była interesująca, bo jaka kobieta świadomie odrzuciłaby taką partię? Rolph był majętny, przystojny i miał głowę we właściwym miejscu. Żadna panna nie powinna chcieć nic więcej, tym bardziej, gdy była wychowana w czystokrwistym domu z zasadami. Ostatim jednak, co Charles chciał, to wprowadzenie go w dyskomfort.
Wtulając się w Rolpha, chociaż ten go puścił, mógł tylko słuchać o wuju i tym, jaki był i co robił, również cioci Lorien.
- Zastanawia mnie, czy gdybym poznał go bliżej, szanowałbym go bardziej, czy wręcz przeciwnie. - Mruknął. - Chyba za mało go znałem, ogólnie. Bałem się go jako dziecko i chyba nigdy mi to nie przeszło. Nie pamiętam matki Sophie, ale chyba pozostaje mi być zadowolonym, że ciocia Lorien jest taka silna. Cokolwiek jej nie zrobił... Powinna poczekać, nim zacznie wieszać na nim psy. W końcu była jego żoną i knuła na jego korzyść. - Przymknął powieki, ciesząc się pocałunkiem. Nie umiał nie uśmiechnąć się, choć rozmowa nie była łatwa. Chyba tylko bliskość Rolpha pozwalała mu zachować spokój. Został zupełnie odurzony jego osobą. - Lorien twierdziła, że działała na moją korzyść... Sądzisz, że powinien z nią o tym jeszcze porozmawiać? Założyłem wprost, że ze mnie kpi, po tym, co się działo. - Obniżył głos, jakby figurka mogła być szpiegiem na usługach Lorien. Mgiełka ich zasłoniła, ale to nie było wszystko, gdy ucho pani Mulciber mogło wyłapywać głosy z daleka.
W pierwszej chwili chciał walczyć, może nawet w końcu usiąść okrakiem na Rodolphusie i zatrzymać go w miejscu, ale rozumiał, że nie może go do tego zmusić. Skoro było mu dość, Charles sam się odsunął, by móc spojrzeć na towarzysza z nieco bardziej naturalnego kąta. Pominął uwagę na temat magii bezróżdżkowej, bo cisza, która zapadła po jego kolejnych słowach, nie była czymś, co mógł łatwo przerwać. Przyjąłby słowa Rodolphusa inaczej gdyby nie ten ton, gdyby nie te palce zaciśnięte na dłoni, ten drobny grymas i zdziwienie, które wpłynęło na jego twarz po usłyszeniu własnych słów.
- Rolph... - Powiedział cicho, czując, jak zalewa go ten przyjemny rodzaj ciepła, ten, od którego miękną kolana, a w głowie narasta pustka, którą może wypełnić tylko ta jedna osoba. - To... To naprawdę wiele dla mnie znaczy.
Nie naciskał i nie ciągnął tematu, lecz nie pozwolił się odsunąć. Chociaż Rolph poluźnił uścisk, Charles jak zawołanie go pociaśnił, nie pozwalając mu uciec.
-Nie brzmisz, jakbyś był zadowolony z tego powodu. - Mruknął, znów wtulając się w szyję Lestarange'a. Każde słowo mogło łaskotać delikatną skórę, każdy ruch warg i podmuch oddechu stymulować w najdelikatniejszy sposób. Charles nie zastanawiał się, kiedy stał się tak otwarty, tak chętny do bliskości z drugim mężczyzną. W tym przypadku nie chodziło o płeć, a o osobę, z którą dzielił uścisk. - Mam nadzieję, że miała dobry powód. Ale nie musisz mi tego mówić.
Sytuacja była interesująca, bo jaka kobieta świadomie odrzuciłaby taką partię? Rolph był majętny, przystojny i miał głowę we właściwym miejscu. Żadna panna nie powinna chcieć nic więcej, tym bardziej, gdy była wychowana w czystokrwistym domu z zasadami. Ostatim jednak, co Charles chciał, to wprowadzenie go w dyskomfort.
Wtulając się w Rolpha, chociaż ten go puścił, mógł tylko słuchać o wuju i tym, jaki był i co robił, również cioci Lorien.
- Zastanawia mnie, czy gdybym poznał go bliżej, szanowałbym go bardziej, czy wręcz przeciwnie. - Mruknął. - Chyba za mało go znałem, ogólnie. Bałem się go jako dziecko i chyba nigdy mi to nie przeszło. Nie pamiętam matki Sophie, ale chyba pozostaje mi być zadowolonym, że ciocia Lorien jest taka silna. Cokolwiek jej nie zrobił... Powinna poczekać, nim zacznie wieszać na nim psy. W końcu była jego żoną i knuła na jego korzyść. - Przymknął powieki, ciesząc się pocałunkiem. Nie umiał nie uśmiechnąć się, choć rozmowa nie była łatwa. Chyba tylko bliskość Rolpha pozwalała mu zachować spokój. Został zupełnie odurzony jego osobą. - Lorien twierdziła, że działała na moją korzyść... Sądzisz, że powinien z nią o tym jeszcze porozmawiać? Założyłem wprost, że ze mnie kpi, po tym, co się działo. - Obniżył głos, jakby figurka mogła być szpiegiem na usługach Lorien. Mgiełka ich zasłoniła, ale to nie było wszystko, gdy ucho pani Mulciber mogło wyłapywać głosy z daleka.
W pierwszej chwili chciał walczyć, może nawet w końcu usiąść okrakiem na Rodolphusie i zatrzymać go w miejscu, ale rozumiał, że nie może go do tego zmusić. Skoro było mu dość, Charles sam się odsunął, by móc spojrzeć na towarzysza z nieco bardziej naturalnego kąta. Pominął uwagę na temat magii bezróżdżkowej, bo cisza, która zapadła po jego kolejnych słowach, nie była czymś, co mógł łatwo przerwać. Przyjąłby słowa Rodolphusa inaczej gdyby nie ten ton, gdyby nie te palce zaciśnięte na dłoni, ten drobny grymas i zdziwienie, które wpłynęło na jego twarz po usłyszeniu własnych słów.
- Rolph... - Powiedział cicho, czując, jak zalewa go ten przyjemny rodzaj ciepła, ten, od którego miękną kolana, a w głowie narasta pustka, którą może wypełnić tylko ta jedna osoba. - To... To naprawdę wiele dla mnie znaczy.